Skip to main content

wakacje '94

prababka ma grób tuż przy ogrodzeniu
widok na grudy pola, odsłonięte niebo,
żadnego drzewa i zastanawiam się
czy to dobrze, bo przecież przy domu
rosły topole zbierające piorun za piorunem
a w sercu podwórka drzewo, o którym nie wiem nic
poza tym, że pozowaliśmy tam do zdjęć
rozsypani po jego korzeniach, poubierani tak śmiesznie
- w getry i krótkie bluzki (nadruk popękał w praniu).
matki w samych stanikach, bo to pewnie szczyt lipca,
popijają słabe piwo o smaku cytrusów
i mówiąc, że dobre, zimne, wieszają na uszach czereśnie,
nam studzą kompot a z pierwszych chmur na południu
czytają, że burza przyjdzie o szesnastej
zbierają pranie, zaganiają nas jak pisklęta
do ciasnej kuchni, domowych spraw, rysowania przy stole
jeszcze na długo przed pierwszym grzmotem

Comments

  1. kolejny raz, po prostu to widzę ...

    ReplyDelete
  2. to taka trochę utajona ekfraza-wiersz, do zdjęcia, albo nawet kilku zdjęć, które mam w głowie i w albumie, gdzieś między kurzem a kurzem. dobrze, że mimo to wciąż coś widać :)

    ReplyDelete
  3. Wakacje 94 - miałam 1,5 roku :P
    Jeśli chodzi o ten tekst, to chyba jesteśmy siostrami... Ja też mam takie zdjęcia w albumie, oglądam je, zdjęcia z czasów, gdy jeszcze nawet się nie zaczęłam, gdy nie byłam nawet w zamyśle, a później już zgromadzenia mi znane, pamiętane.
    Napisz książkę, bardzo Cię proszę o to... :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. jest świt, zimno, jeszcze nie gaszę lampy podłogowej i nie wiem co ci napisać, jakieś wszystko jest jednocześnie banalne i podniosłe. cieszę się, że się obie zaczęłyśmy!

      Delete

Post a Comment

Popular posts from this blog

siedlisko

przypomniałam sobie jaką konsystencję ma nocna leśna ciemność,
która wlewa się na piętro przez okna. a w oknach
jeszcze trzeszczą na ciemnym wietrze wyschnięte owady z lata
te neonowo zielone, które wraz z życiem tracą kolor, ale w zamian
zyskują wyjątkową kruchość

przybysz, lądowanie

to jeszcze nie sen, ale zbocze góry łagodne jak nadgarstek po wewnętrznej stronie -łasi się spodem liścia, idzie jabłoniami w chłodny, siny od brzegów pierwszy uścisk września





bójka

to tylko ślad po gorączce, a ja chciałabym
mieć wargę rozciętą w bójce, owocową krew,
choćby małą kropkę, co spada na chodnik
spowolniona upałem, wypluta pod buty i jest
jak skórka czereśni, tak samo blednie w czasie,
może wydziobie ją drozd, zapomni zaśpiewać
na deszcz, a może, między płytami chodnika (lub ziemi)
posieje się roślina, która nada się na napar
a ten zwali nas z nóg. ja chciałabym się bić
o chude kolana dziewczyny w levisach
skróconych u krawcowej (ładnie zawinęła), chciałabym,
ale robi się już ciemno i prawie nie można
odróżnić wrony od nieba, ciała od pnia drzewa. mogłabym
pościerać knykcie na korze, przepaść w dziupli,
kto by mi potem uwierzył w siniaki jeśli te
tak łatwo pomylić z cieniem