Skip to main content

Posts

Showing posts from 2017

baranek

kościół, w którym nie bywam, jest z czerwonej cegły
akurat gdy przechodzę dzwonią na klękanie. trzy dzwonki,
te po baranku, co go trzeba błagać
o to, co możemy dawać sobie sami. jeszcze tylko papieros
z paczki, co została,
(bo nie było sensu palić z brakiem ciebie)
i będę mogła wreszcie szczerze się ukorzyć
nad musem z wilczych jagód i zbyt czerstwym chlebem

murek, na którym mieszkają ślimaki

jak tylko weszłam, powiedziałam ci w gorączce
o murku, na którym mieszkają ślimaki,
choć w tej nazwie miejscowej było tylko pół prawdy:
murek należał także do trzmiela,
który jeszcze nie był suchą łupiną, dopiero zaczynał
dźwigać na grzbiecie pyłek i pył.
ty jednak najbardziej na świecie chciałaś się dowiedzieć
czy ślimaki były otwarte i pełne, czy odrywane od betonu
wydawały jakiś dźwięk a ja znałam tylko
dźwięk skorupek pękających pod butem






kolor środka

piach

jest problem z tym pozimowym piachem: nie wysechł jeszcze na tyle, by można go było zamiatać, a mimo to idę do ciebie po pręgach od gałęzi mioteł. ktoś próbował  za wszelką cenę zrobić tu porządek. nie otwieraj, możemy przecież jechać tym grzmiącym od ciężaru tramwajem przez deszcz, nową trasą, która się nie skończy mimo braku torowiska. pojedziemy dalej między ogródki działkowe, gdzie stanie nasz obłąkany, malowany w słońca i muchomory dom, i nikt, nigdy nie trafi do nas z pocztą, jedzeniem śmiercią na telefon
po prostu nie odbieraj, jeśli nie chcesz uczyć się potem wstawania z podłogi

dzikie gęsi albo druga w nocy

"Dzikie gęsi wracają. Nocami, gdzieś w górze, z zachodniej strony narasta gęganie, przesuwa się nad głowami i cichnie w oddali. W dzień po niebie przepływają szeregi ptaków ustawionych w linię skośną lub klin o jednym ramieniu krótszym od drugiego. Skrzydła biją miarowo, co jakiś czas szyk rozsypuje się, inna gęś obejmuje prowadzenie, pozostałe z tyłu szybkimi uderzeniami skrzydeł dołączają i znów linia się wyrównuje. Ptaki wędrują i rozmawiają w locie: Jesteś? - Jestem. Zwolnić? - Nie trzeba. - Wszystko w porządku? - O tak!".



Simona Kossak, O ziołach i zwierzętach


to taki czas, że nic, tylko zazdrościć gęsiom.

bójka

to tylko ślad po gorączce, a ja chciałabym
mieć wargę rozciętą w bójce, owocową krew,
choćby małą kropkę, co spada na chodnik
spowolniona upałem, wypluta pod buty i jest
jak skórka czereśni, tak samo blednie w czasie,
może wydziobie ją drozd, zapomni zaśpiewać
na deszcz, a może, między płytami chodnika (lub ziemi)
posieje się roślina, która nada się na napar
a ten zwali nas z nóg. ja chciałabym się bić
o chude kolana dziewczyny w levisach
skróconych u krawcowej (ładnie zawinęła), chciałabym,
ale robi się już ciemno i prawie nie można
odróżnić wrony od nieba, ciała od pnia drzewa. mogłabym
pościerać knykcie na korze, przepaść w dziupli,
kto by mi potem uwierzył w siniaki jeśli te
tak łatwo pomylić z cieniem

o, children

ostatnie piętro to winda jadąca w poprzek świata.
rejoice

einar

Przyszedł taki czas, że rybak Einar, którego wszyscy nazywali Szyszką, przestał wierzyć w dobre intencje pogody oraz w to, że żaden wiatr, nawet wiejący z północy, nie jest w stanie porwać jego kur przez dziurę w dachu. Szyszka, bo jego prawdziwe imię każdemu wydawało się zbiorem niewłaściwie ustawionych liter, zarządził wielkie smołowanie. Tak właśnie pomyślał: "zarządzam", chociaż nie miał wokół siebie nikogo i rozdzielanie zadań, tak charakterystyczne dla zarządzania czymkolwiek, a więc i samo zarządzanie, wypłukiwały się ze znaczeń kiedy tylko Szyszka obiegał spojrzeniem podwórko. Mogło mu jednak chodzić wyłącznie o to, by kury wiedziały co jest na rzeczy. By obietnicę smołowania schowały w najgłębszych rzędach piór, by obsypały ją piachem i, jako zapowiedź bezpieczeństwa, wysiedziały na słomie, znosząc potem jajka o dwóch żółtkach. Z wystraszonych kur nie ma żadnego pożytku, mówił Szyszka do nikogo, bo lubił zdania twierdzące, to jak brzmią oraz to, że można je wieszać…

dziewczynka i lis

"Dziewczynka, która połamała krzesło, wyprowadziła się do lasu. Zamieszkała w przestronnej, wygodnej norze, pewnie po niedźwiedziu, i spała w niej na posłaniu z suchych liści. Nie wzięła z sobą zeszytów ani budzika. Żywiła się orzeszkami laskowymi jak wiewiórka. Orzeszki rozłupywała za pomocą kamieni. W lesie mogłaby wrzeszczeć bezkarnie, ale nie wrzeszczała, nie miała ani powodu, ani chęci. Dowiedziałam się o tym wszystkim, kiedy zobaczyłam ją na obrazku w jakiejś książce, wędrowała leśną ścieżką ubrana w moją zieloną sukienkę. Na innym obrazku tą samą ścieżką maszerował na dwóch łapach lis. Lis miał wesołe spojrzenie i wzbudził we mnie zaufanie. Domyśliłam się, że są przyjaciółmi. Namalowałam ich kiedyś na kartonie z bloku podczas lekcji rysunków. Szli między drzewami, trzymali się za ręce, uśmiechnięci i podobni do siebie prawie jak dwie krople wody — prawie, bo lis ciągnął za sobą rudą kitę, która mu się rozmazała w mokrej zieleni. Mój obrazek był nie na temat, jak zwykle. N…

szerszenie

tutaj żarówkom zawsze brakowało mocy nikt nie pokładał nadziei nawet w setkach, wkręcanych w obecności wszystkich domowników, spuchniętą dłonią tego, który stawiał lewą połowę domu. po serii krótkich mignięć wylewał się blask tak samo mętny, jak ten, który już znaliśmy, zaprawiony gryczanym miodem, czarną akwarelą. moja mała siostra najdłużej męczyła szyję, rosnąc cicho tuż pod żarówką, jakby próbowała dociec kto obłożył szkło okleiną z autobusowych szyb, która dzieli świat na małe kółeczka, męczy oczy, wycisza i tak słabe, zimowe słońce, i nie wpuszcza go w zagłębienia siedzeń, twarzy, więc przeżywam w drodze twoje półzaćmienie. to tylko półprawda, wygryziona przez troskę, gdy mówię, że przez warstwę firanki i duchów nie wpadną nam tu szerszenie, chociaż  gdy słońce chowa się za pierwszy świerk,  gdy nie widać już lotki w badmintonie,  życzysz sobie po cichu, by zadziało się cokolwiek  i mogłoby to być nawet tarcie skrzydła o skrzydło, nagłe kwitnienie jaskrów, truchtanie białego, k…

okręt

ten najdłuższy wieżowiec na osiedlu,
z ciemnym wiankiem pustych suszarni
to okręt, a ja skaczę
w przestrzeń Oceanu Spokojnego.
na geografii uczył nas o nim pan, który nosił
bezpieczne, wełniane swetry, jakby szykował się
na sztorm albo na ostateczny dryf
spienionymi rzekami w stronę morza.
dziś wiem, że kiedy mówił
o wyjątkowo zróżnicowanym dnie, o grzbietach
śródoceanicznych, które wyobrażałam sobie
osiodłane i gotowe do galopu,
tak naprawdę czuł wielki lęk, głębszy,
niż korytarze gryzących rękawów,
którymi idzie się w stronę dłoni, w stronę map.
stojąc tu zdążę się jeszcze głupio zdziwić,
że nikt nie rozwiesił żagli, które byłyby białe,
gdyby nie plamy potu rozlane tam,
gdzie zwykle leżą plecy. teraz wiem, że w piwnicach bloku
muszą ocierać się o siebie wielkie, czarne tryby
napędzane parą i nocą. a to tylko początek,
będzie mi tam dobrze. nie pozwól sobie wmówić,
że tafla wody jest w rzeczywistości twarda
i nieugięta jak ziemia.

wielki ogień

śpiew

być może, gdy będę stara jak orzech włoski z nitką,
znaleziony w pudle na bombki i łańcuchy
zabiorę na drogę czarną herbatę
przelaną ostrożnie do butelki po coli.
być może przesłodzę, bo co to szkodzi,
kiedy zaraz przyjdzie umierać; człowiek coś musi
mieć z tego życia i niech to
nawet będzie cukrowy, mętny osad
na dnie małej butelki, kilka zakrętów
łagodnych jak nory, rozpiętych tak,
że można pozdrawiać lokomotywę a w palcach
długo obracać kulkę chleba,
aż będzie jak księżyc. być może wtedy
będę chciała śpiewać dziwną pieśń
w przedziale białym od braku słońca,
nosowo, raczej patrząc w dół,
by od teraz się przyzwyczajać

czarne balony

ustaliłyśmy, że należy powstrzymać się
od tanich skojarzeń. po drugiej stronie ulicy
mieszka baloniarz i pewnie wręczył ten czarny pęk
komuś o niepewnych dłoniach.
spotykam jednak mojego braciszka, opowiadam mu o wszystkim,
skanduję sylaby, przesadnie intonuję,
wznoszę się i jest to trasa, którą znam:
prowadzi między obce bloki, w nieznane place zabaw,
na których nie bawiłyśmy się
w nic przesadnie okrutnego, w każdym razie
na chodniku nie zostały ślady.

braciszek twierdzi, że widział już kiedyś
podobną czerń, że te balony
ktoś musiał bardzo ostrożnie obłożyć mchem
zdjętym ze ścian kinowych sal, że można
włamać się tam niepilnowanymi drzwiami
z podcieni parkingów i niech lepiej wystarczy nam
taka bezpieczna ciemność, leżąca za skrzyżowaniem,
za skrawkiem parku, daleko na południe
od piwnic otwartych na nasz trucht

łyżeczka

powiedziałabym, że przyszłam na próżno,  ale w tym jasnym powietrzu, pod daszkiem klatki, słychać jak stukasz łyżeczką o brzeg kubka. trwa to tylko chwilę (starasz się nie przesładzać),  później gaśnie światło, kończy się dzień.  na małym rowerku, przechylona w prawo, przejeżdża zezowata dziewczynka. łapie równowagę, gubi kamyk, który miał być piorunem. gdy zadzieram głowę, by włamać ci się do kuchni przez lufcik otwarty na wczesną wiosnę, słyszę, jak trawa skrzypi uginając się pod zapowiedź mojego ciała i wiem, że nie odejdę stąd bez bocznych kółek

czerwona jodełka

w rozespanym PKS-ie relacji Sanok-Ustrzyki, siedząc w fotelu obitym sztuczną czerwienią w jodełkę, od której rodziły się i umierały na skórze prawie widzialne iskry, pisałam wiersz. słońce ugrzęzło do odwołania na drugim brzegu rzeki, a ty-słoneczna zwinka- przewracałaś skórę na lewą stronę, centymetr po centymetrze. za oknami, które nie miały kantów, w sadach bez ludzi z hukiem pękały czereśnie. pomyślałaś, prawie na głos, że strasznie żal będzie wysiadać.


inne słońca

słońce podświetla cię tak, że jesteś
pierzastą rośliną. jego wschód przypada
na prawy brzeg brudnego okna, a zachód
na ciemną i tłustą kępkę chłopięcych włosów
chowanych pod czapką. to wszystko
dzieje się szybko, jak na przyspieszonym filmie,
na którym widać dojrzewanie purpurowego kwiata.
przewiduję, że wysiądę w mieście zapisanym
zgodnie z regułami innego alfabetu,
w promieniach innych,
być może niebieskich słońc

zbieraj czarne pędy

precle

to już ta godzina, że nie złapiemy nawet
ostatniego tramwaju do zajezdni. idziemy
schodami w dół. może któryś ze sklepów
w przejściu podziemnym na rogu dwóch ważnych ulic
wciąż jeszcze sprzedaje precle, wilgotne od dnia,
skurczone od nocy. kupiłabym ci tego jasnego
z resztką sezamu, bo wiem, że często śnisz
o ziarnach, łuskach, że wyobrażasz sobie
jak kiełkują z nich ciemne nocne pędy,
a każdy ma po jednym okrągłym
i białym owocu na gałęzi. milczymy,
a nad głowami dudnią nam wagony i myślę przez chwilę,
że coś przeoczyłyśmy w rozkładach, rozchodach,
lecz gdy rozpinam płaszcz by sięgnać
po mapę tego dziwnego miasta
w kieszeni na piersi znajduję tylko
dwie pestki brzoskwini. szybko obliczasz,
że poza miłością przypadło nam w udziale
osiemnaście miligramów cyjanku

ptaki latają kluczem

uchyl mi piętro

uchyl mi piętro. właściwie nie mam nic
na obronę tych trzech słów, oprócz pewności,
że tak brzmiał tytuł dziwnej piosenki, a ta
miała w sobie trzy kolory: granatowy, biały i jednak, proszę mi wybaczyć,
trochę czarnego. może była fiordem, albo po prostu
górką koło kościoła, spod której widać kominy
i sylwety dzieci w szalikach. bardzo wielka szkoda,
że w tym miejscu nie pojawi się link do YT. po prostu ze snów
nie kopiuje się linków, a przynajmniej mnie to nie wyszło,
chociaż marszczyłam wtedy brwi aż do pionowej bruzdy,
coraz głębszej przecież,
w skórze pomiędzy nimi. nie wiem nawet od kogo ta przesyłka,
więc nie będzie podziękowań w zakończeniu. nie wiem
jak dotarła w sam środek snu, na zimowy, nocny przystanek
autobusu linii 98, który kiedyś wyznaczono pod Centralem.
zostawmy to tak jak jest. niech każdy sobie zanuci
piosenkę w trzech kolorach.
uchyl mi piętro, bo w moim śnie za dużo jest
metalowych rzeźb w kształcie kuli i jakby tego było mało,
wszystkie rdzewieją od śniegu z deszc…

dom z liści

(jak pomruk, prawdę mówiąc)


















.to nie jest dla ciebie






psuja

pewnie jeszcze dziś popsuje się tundra, tajga, lasek przy szkole,  jakiś jamniczek w sweterku, szydełkowy bieżnik na stół, skończy się przynajmniej jeden przydługi serial, do kalendarzy nie wrócą już adresowniki przebierze się jakaś miarka i zmęczy materiał. coś ciemnego wypływa z naszych małych półsłońc, a półpiersi mam puste jak makówki w sierpniu. w końcu od dawna jesteśmy na trasie czarnych dziur i choć to wiedza z niepewnych źródeł, mam nadzieję, że jeszcze dziś popsujesz mi się, rozwalisz. że w dłoni zostanie mi twoja plastikowa noga i w końcu będzie można przestać się bawić w uporczywe nieumieranie.

nie mów mi kiedy mam zdychać

ten słabnący perfekcjonizm w piłowaniu paznokci. to,
że nie zaczekam aż błoto na łydkach stężeje
i wytrę je tworząc mokre smugi. że nie zaczekam
aż kurczęta podrosną na tyle, by móc je dotykać,
brać w dłonie. że nie zaczekam nawet
na raka wszystkich możliwych narządów,
tylko muszę mieć go kurwa już teraz
nieprawdziwie umierać
kiedy tylko sobie tego zażyczę