Skip to main content

Posts

Showing posts from January, 2017

czerwona jodełka

w rozespanym PKS-ie relacji Sanok-Ustrzyki, siedząc w fotelu obitym sztuczną czerwienią w jodełkę, od której rodziły się i umierały na skórze prawie widzialne iskry, pisałam wiersz. słońce ugrzęzło do odwołania na drugim brzegu rzeki, a ty-słoneczna zwinka- przewracałaś skórę na lewą stronę, centymetr po centymetrze. za oknami, które nie miały kantów, w sadach bez ludzi z hukiem pękały czereśnie. pomyślałaś, prawie na głos, że strasznie żal będzie wysiadać.


inne słońca

słońce podświetla cię tak, że jesteś
pierzastą rośliną. jego wschód przypada
na prawy brzeg brudnego okna, a zachód
na ciemną i tłustą kępkę chłopięcych włosów
chowanych pod czapką. to wszystko
dzieje się szybko, jak na przyspieszonym filmie,
na którym widać dojrzewanie purpurowego kwiata.
przewiduję, że wysiądę w mieście zapisanym
zgodnie z regułami innego alfabetu,
w promieniach innych,
być może niebieskich słońc

zbieraj czarne pędy

precle

to już ta godzina, że nie złapiemy nawet
ostatniego tramwaju do zajezdni. idziemy
schodami w dół. może któryś ze sklepów
w przejściu podziemnym na rogu dwóch ważnych ulic
wciąż jeszcze sprzedaje precle, wilgotne od dnia,
skurczone od nocy. kupiłabym ci tego jasnego
z resztką sezamu, bo wiem, że często śnisz
o ziarnach, łuskach, że wyobrażasz sobie
jak kiełkują z nich ciemne nocne pędy,
a każdy ma po jednym okrągłym
i białym owocu na gałęzi. milczymy,
a nad głowami dudnią nam wagony i myślę przez chwilę,
że coś przeoczyłyśmy w rozkładach, rozchodach,
lecz gdy rozpinam płaszcz by sięgnać
po mapę tego dziwnego miasta
w kieszeni na piersi znajduję tylko
dwie pestki brzoskwini. szybko obliczasz,
że poza miłością przypadło nam w udziale
osiemnaście miligramów cyjanku

ptaki latają kluczem

uchyl mi piętro

uchyl mi piętro. właściwie nie mam nic
na obronę tych trzech słów, oprócz pewności,
że tak brzmiał tytuł dziwnej piosenki, a ta
miała w sobie trzy kolory: granatowy, biały i jednak, proszę mi wybaczyć,
trochę czarnego. może była fiordem, albo po prostu
górką koło kościoła, spod której widać kominy
i sylwety dzieci w szalikach. bardzo wielka szkoda,
że w tym miejscu nie pojawi się link do YT. po prostu ze snów
nie kopiuje się linków, a przynajmniej mnie to nie wyszło,
chociaż marszczyłam wtedy brwi aż do pionowej bruzdy,
coraz głębszej przecież,
w skórze pomiędzy nimi. nie wiem nawet od kogo ta przesyłka,
więc nie będzie podziękowań w zakończeniu. nie wiem
jak dotarła w sam środek snu, na zimowy, nocny przystanek
autobusu linii 98, który kiedyś wyznaczono pod Centralem.
zostawmy to tak jak jest. niech każdy sobie zanuci
piosenkę w trzech kolorach.
uchyl mi piętro, bo w moim śnie za dużo jest
metalowych rzeźb w kształcie kuli i jakby tego było mało,
wszystkie rdzewieją od śniegu z deszc…

dom z liści

(jak pomruk, prawdę mówiąc)


















.to nie jest dla ciebie






psuja

pewnie jeszcze dziś popsuje się tundra, tajga, lasek przy szkole,  jakiś jamniczek w sweterku, szydełkowy bieżnik na stół, skończy się przynajmniej jeden przydługi serial, do kalendarzy nie wrócą już adresowniki przebierze się jakaś miarka i zmęczy materiał. coś ciemnego wypływa z naszych małych półsłońc, a półpiersi mam puste jak makówki w sierpniu. w końcu od dawna jesteśmy na trasie czarnych dziur i choć to wiedza z niepewnych źródeł, mam nadzieję, że jeszcze dziś popsujesz mi się, rozwalisz. że w dłoni zostanie mi twoja plastikowa noga i w końcu będzie można przestać się bawić w uporczywe nieumieranie.

nie mów mi kiedy mam zdychać

ten słabnący perfekcjonizm w piłowaniu paznokci. to,
że nie zaczekam aż błoto na łydkach stężeje
i wytrę je tworząc mokre smugi. że nie zaczekam
aż kurczęta podrosną na tyle, by móc je dotykać,
brać w dłonie. że nie zaczekam nawet
na raka wszystkich możliwych narządów,
tylko muszę mieć go kurwa już teraz
nieprawdziwie umierać
kiedy tylko sobie tego zażyczę