Skip to main content

nie mów mi kiedy mam zdychać

ten słabnący perfekcjonizm w piłowaniu paznokci. to,
że nie zaczekam aż błoto na łydkach stężeje
i wytrę je tworząc mokre smugi. że nie zaczekam
aż kurczęta podrosną na tyle, by móc je dotykać,
brać w dłonie. że nie zaczekam nawet
na raka wszystkich możliwych narządów,
tylko muszę mieć go kurwa już teraz
nieprawdziwie umierać
kiedy tylko sobie tego zażyczę

Comments

  1. Mogłabym sobie to napisać wielkimi literami na ścianie. Totalnie w punkt.

    ReplyDelete
    Replies
    1. ja bym wolała przekuć te słowa jednak w jakiś spokój, ale póki co to także mój tekst programowy na życie :)

      Delete

Post a Comment

Popular posts from this blog

siedlisko

przypomniałam sobie jaką konsystencję ma nocna leśna ciemność,
która wlewa się na piętro przez okna. a w oknach
jeszcze trzeszczą na ciemnym wietrze wyschnięte owady z lata
te neonowo zielone, które wraz z życiem tracą kolor, ale w zamian
zyskują wyjątkową kruchość

przybysz, lądowanie

to jeszcze nie sen, ale zbocze góry łagodne jak nadgarstek po wewnętrznej stronie -łasi się spodem liścia, idzie jabłoniami w chłodny, siny od brzegów pierwszy uścisk września





bójka

to tylko ślad po gorączce, a ja chciałabym
mieć wargę rozciętą w bójce, owocową krew,
choćby małą kropkę, co spada na chodnik
spowolniona upałem, wypluta pod buty i jest
jak skórka czereśni, tak samo blednie w czasie,
może wydziobie ją drozd, zapomni zaśpiewać
na deszcz, a może, między płytami chodnika (lub ziemi)
posieje się roślina, która nada się na napar
a ten zwali nas z nóg. ja chciałabym się bić
o chude kolana dziewczyny w levisach
skróconych u krawcowej (ładnie zawinęła), chciałabym,
ale robi się już ciemno i prawie nie można
odróżnić wrony od nieba, ciała od pnia drzewa. mogłabym
pościerać knykcie na korze, przepaść w dziupli,
kto by mi potem uwierzył w siniaki jeśli te
tak łatwo pomylić z cieniem