Skip to main content

uchyl mi piętro

uchyl mi piętro. właściwie nie mam nic
na obronę tych trzech słów, oprócz pewności,
że tak brzmiał tytuł dziwnej piosenki, a ta
miała w sobie trzy kolory: granatowy, biały i jednak, proszę mi wybaczyć,
trochę czarnego. może była fiordem, albo po prostu
górką koło kościoła, spod której widać kominy
i sylwety dzieci w szalikach. bardzo wielka szkoda,
że w tym miejscu nie pojawi się link do YT. po prostu ze snów
nie kopiuje się linków, a przynajmniej mnie to nie wyszło,
chociaż marszczyłam wtedy brwi aż do pionowej bruzdy,
coraz głębszej przecież,
w skórze pomiędzy nimi. nie wiem nawet od kogo ta przesyłka,
więc nie będzie podziękowań w zakończeniu. nie wiem
jak dotarła w sam środek snu, na zimowy, nocny przystanek
autobusu linii 98, który kiedyś wyznaczono pod Centralem.
zostawmy to tak jak jest. niech każdy sobie zanuci
piosenkę w trzech kolorach.
uchyl mi piętro, bo w moim śnie za dużo jest
metalowych rzeźb w kształcie kuli i jakby tego było mało,
wszystkie rdzewieją od śniegu z deszczem. tutaj pada
tylko wtedy, kiedy patrzy się pod światło a ja
patrzę pod światło cały czas.

Comments

Popular posts from this blog

siedlisko

przypomniałam sobie jaką konsystencję ma nocna leśna ciemność,
która wlewa się na piętro przez okna. a w oknach
jeszcze trzeszczą na ciemnym wietrze wyschnięte owady z lata
te neonowo zielone, które wraz z życiem tracą kolor, ale w zamian
zyskują wyjątkową kruchość

przybysz, lądowanie

to jeszcze nie sen, ale zbocze góry łagodne jak nadgarstek po wewnętrznej stronie -łasi się spodem liścia, idzie jabłoniami w chłodny, siny od brzegów pierwszy uścisk września





bójka

to tylko ślad po gorączce, a ja chciałabym
mieć wargę rozciętą w bójce, owocową krew,
choćby małą kropkę, co spada na chodnik
spowolniona upałem, wypluta pod buty i jest
jak skórka czereśni, tak samo blednie w czasie,
może wydziobie ją drozd, zapomni zaśpiewać
na deszcz, a może, między płytami chodnika (lub ziemi)
posieje się roślina, która nada się na napar
a ten zwali nas z nóg. ja chciałabym się bić
o chude kolana dziewczyny w levisach
skróconych u krawcowej (ładnie zawinęła), chciałabym,
ale robi się już ciemno i prawie nie można
odróżnić wrony od nieba, ciała od pnia drzewa. mogłabym
pościerać knykcie na korze, przepaść w dziupli,
kto by mi potem uwierzył w siniaki jeśli te
tak łatwo pomylić z cieniem