Skip to main content

Posts

Showing posts from February, 2017

bójka

to tylko ślad po gorączce, a ja chciałabym
mieć wargę rozciętą w bójce, owocową krew,
choćby małą kropkę, co spada na chodnik
spowolniona upałem, wypluta pod buty i jest
jak skórka czereśni, tak samo blednie w czasie,
może wydziobie ją drozd, zapomni zaśpiewać
na deszcz, a może, między płytami chodnika (lub ziemi)
posieje się roślina, która nada się na napar
a ten zwali nas z nóg. ja chciałabym się bić
o chude kolana dziewczyny w levisach
skróconych u krawcowej (ładnie zawinęła), chciałabym,
ale robi się już ciemno i prawie nie można
odróżnić wrony od nieba, ciała od pnia drzewa. mogłabym
pościerać knykcie na korze, przepaść w dziupli,
kto by mi potem uwierzył w siniaki jeśli te
tak łatwo pomylić z cieniem

o, children

ostatnie piętro to winda jadąca w poprzek świata.
rejoice

einar

Przyszedł taki czas, że rybak Einar, którego wszyscy nazywali Szyszką, przestał wierzyć w dobre intencje pogody oraz w to, że żaden wiatr, nawet wiejący z północy, nie jest w stanie porwać jego kur przez dziurę w dachu. Szyszka, bo jego prawdziwe imię każdemu wydawało się zbiorem niewłaściwie ustawionych liter, zarządził wielkie smołowanie. Tak właśnie pomyślał: "zarządzam", chociaż nie miał wokół siebie nikogo i rozdzielanie zadań, tak charakterystyczne dla zarządzania czymkolwiek, a więc i samo zarządzanie, wypłukiwały się ze znaczeń kiedy tylko Szyszka obiegał spojrzeniem podwórko. Mogło mu jednak chodzić wyłącznie o to, by kury wiedziały co jest na rzeczy. By obietnicę smołowania schowały w najgłębszych rzędach piór, by obsypały ją piachem i, jako zapowiedź bezpieczeństwa, wysiedziały na słomie, znosząc potem jajka o dwóch żółtkach. Z wystraszonych kur nie ma żadnego pożytku, mówił Szyszka do nikogo, bo lubił zdania twierdzące, to jak brzmią oraz to, że można je wieszać…

dziewczynka i lis

"Dziewczynka, która połamała krzesło, wyprowadziła się do lasu. Zamieszkała w przestronnej, wygodnej norze, pewnie po niedźwiedziu, i spała w niej na posłaniu z suchych liści. Nie wzięła z sobą zeszytów ani budzika. Żywiła się orzeszkami laskowymi jak wiewiórka. Orzeszki rozłupywała za pomocą kamieni. W lesie mogłaby wrzeszczeć bezkarnie, ale nie wrzeszczała, nie miała ani powodu, ani chęci. Dowiedziałam się o tym wszystkim, kiedy zobaczyłam ją na obrazku w jakiejś książce, wędrowała leśną ścieżką ubrana w moją zieloną sukienkę. Na innym obrazku tą samą ścieżką maszerował na dwóch łapach lis. Lis miał wesołe spojrzenie i wzbudził we mnie zaufanie. Domyśliłam się, że są przyjaciółmi. Namalowałam ich kiedyś na kartonie z bloku podczas lekcji rysunków. Szli między drzewami, trzymali się za ręce, uśmiechnięci i podobni do siebie prawie jak dwie krople wody — prawie, bo lis ciągnął za sobą rudą kitę, która mu się rozmazała w mokrej zieleni. Mój obrazek był nie na temat, jak zwykle. N…

szerszenie

tutaj żarówkom zawsze brakowało mocy nikt nie pokładał nadziei nawet w setkach, wkręcanych w obecności wszystkich domowników, spuchniętą dłonią tego, który stawiał lewą połowę domu. po serii krótkich mignięć wylewał się blask tak samo mętny, jak ten, który już znaliśmy, zaprawiony gryczanym miodem, czarną akwarelą. moja mała siostra najdłużej męczyła szyję, rosnąc cicho tuż pod żarówką, jakby próbowała dociec kto obłożył szkło okleiną z autobusowych szyb, która dzieli świat na małe kółeczka, męczy oczy, wycisza i tak słabe, zimowe słońce, i nie wpuszcza go w zagłębienia siedzeń, twarzy, więc przeżywam w drodze twoje półzaćmienie. to tylko półprawda, wygryziona przez troskę, gdy mówię, że przez warstwę firanki i duchów nie wpadną nam tu szerszenie, chociaż  gdy słońce chowa się za pierwszy świerk,  gdy nie widać już lotki w badmintonie,  życzysz sobie po cichu, by zadziało się cokolwiek  i mogłoby to być nawet tarcie skrzydła o skrzydło, nagłe kwitnienie jaskrów, truchtanie białego, k…

okręt

ten najdłuższy wieżowiec na osiedlu,
z ciemnym wiankiem pustych suszarni
to okręt, a ja skaczę
w przestrzeń Oceanu Spokojnego.
na geografii uczył nas o nim pan, który nosił
bezpieczne, wełniane swetry, jakby szykował się
na sztorm albo na ostateczny dryf
spienionymi rzekami w stronę morza.
dziś wiem, że kiedy mówił
o wyjątkowo zróżnicowanym dnie, o grzbietach
śródoceanicznych, które wyobrażałam sobie
osiodłane i gotowe do galopu,
tak naprawdę czuł wielki lęk, głębszy,
niż korytarze gryzących rękawów,
którymi idzie się w stronę dłoni, w stronę map.
stojąc tu zdążę się jeszcze głupio zdziwić,
że nikt nie rozwiesił żagli, które byłyby białe,
gdyby nie plamy potu rozlane tam,
gdzie zwykle leżą plecy. teraz wiem, że w piwnicach bloku
muszą ocierać się o siebie wielkie, czarne tryby
napędzane parą i nocą. a to tylko początek,
będzie mi tam dobrze. nie pozwól sobie wmówić,
że tafla wody jest w rzeczywistości twarda
i nieugięta jak ziemia.

wielki ogień

śpiew

być może, gdy będę stara jak orzech włoski z nitką,
znaleziony w pudle na bombki i łańcuchy
zabiorę na drogę czarną herbatę
przelaną ostrożnie do butelki po coli.
być może przesłodzę, bo co to szkodzi,
kiedy zaraz przyjdzie umierać; człowiek coś musi
mieć z tego życia i niech to
nawet będzie cukrowy, mętny osad
na dnie małej butelki, kilka zakrętów
łagodnych jak nory, rozpiętych tak,
że można pozdrawiać lokomotywę a w palcach
długo obracać kulkę chleba,
aż będzie jak księżyc. być może wtedy
będę chciała śpiewać dziwną pieśń
w przedziale białym od braku słońca,
nosowo, raczej patrząc w dół,
by od teraz się przyzwyczajać

czarne balony

ustaliłyśmy, że należy powstrzymać się
od tanich skojarzeń. po drugiej stronie ulicy
mieszka baloniarz i pewnie wręczył ten czarny pęk
komuś o niepewnych dłoniach.
spotykam jednak mojego braciszka, opowiadam mu o wszystkim,
skanduję sylaby, przesadnie intonuję,
wznoszę się i jest to trasa, którą znam:
prowadzi między obce bloki, w nieznane place zabaw,
na których nie bawiłyśmy się
w nic przesadnie okrutnego, w każdym razie
na chodniku nie zostały ślady.

braciszek twierdzi, że widział już kiedyś
podobną czerń, że te balony
ktoś musiał bardzo ostrożnie obłożyć mchem
zdjętym ze ścian kinowych sal, że można
włamać się tam niepilnowanymi drzwiami
z podcieni parkingów i niech lepiej wystarczy nam
taka bezpieczna ciemność, leżąca za skrzyżowaniem,
za skrawkiem parku, daleko na południe
od piwnic otwartych na nasz trucht

łyżeczka

powiedziałabym, że przyszłam na próżno,  ale w tym jasnym powietrzu, pod daszkiem klatki, słychać jak stukasz łyżeczką o brzeg kubka. trwa to tylko chwilę (starasz się nie przesładzać),  później gaśnie światło, kończy się dzień.  na małym rowerku, przechylona w prawo, przejeżdża zezowata dziewczynka. łapie równowagę, gubi kamyk, który miał być piorunem. gdy zadzieram głowę, by włamać ci się do kuchni przez lufcik otwarty na wczesną wiosnę, słyszę, jak trawa skrzypi uginając się pod zapowiedź mojego ciała i wiem, że nie odejdę stąd bez bocznych kółek