Skip to main content

einar

Przyszedł taki czas, że rybak Einar, którego wszyscy nazywali Szyszką, przestał wierzyć w dobre intencje pogody oraz w to, że żaden wiatr, nawet wiejący z północy, nie jest w stanie porwać jego kur przez dziurę w dachu. Szyszka, bo jego prawdziwe imię każdemu wydawało się zbiorem niewłaściwie ustawionych liter, zarządził wielkie smołowanie. Tak właśnie pomyślał: "zarządzam", chociaż nie miał wokół siebie nikogo i rozdzielanie zadań, tak charakterystyczne dla zarządzania czymkolwiek, a więc i samo zarządzanie, wypłukiwały się ze znaczeń kiedy tylko Szyszka obiegał spojrzeniem podwórko. Mogło mu jednak chodzić wyłącznie o to, by kury wiedziały co jest na rzeczy. By obietnicę smołowania schowały w najgłębszych rzędach piór, by obsypały ją piachem i, jako zapowiedź bezpieczeństwa, wysiedziały na słomie, znosząc potem jajka o dwóch żółtkach. Z wystraszonych kur nie ma żadnego pożytku, mówił Szyszka do nikogo, bo lubił zdania twierdzące, to jak brzmią oraz to, że można je wieszać na wietrze.
Wielkiemu smołowaniu miały się poddać wszystkie dachy, bez wyjątku. Wszędzie trzeba było rozłożyć tę czarną połać, którą można przyrównać tylko do niej samej, bo brakuje na świecie rzeczy, która mogłaby przejrzeć się w smole i nie przepaść. Einar o tym wiedział, dlatego nigdy nie patrzył w smołę zbyt długo, bo chociaż nosił pod powiekami sporo cienia, przeczuwał też, że jego źrenice wciąż nie są pełne, a na taką pełnię nikt nie czeka i lepiej dla wszystkich, gdy ta nigdy nie przychodzi.
Nawet kury w dzień smołowania podlegały rygorowi. Einar zapędzał je pod przewrócony wózek dwukółkę i obkładał deseczkami z każdej strony. Już samo to nie było łatwe, bo kury, obdarzone krótką pamięcią i pierwotnym strachem, nie potrafiły przywołać na ratunek wspomnień wszystkich poprzednich smołowań a każde zaganianie i więzienie odczytywały jako obietnicę toporka wbijającego się gładko w pozostałość po silnym i starym jesionie. Chociaż smołę kładło się na dachach płasko i poza zasięgiem kurzych gałek ocznych, nie można było zakładać, że żaden odprysk, żadna czarna kropla, nie spadnie w żwir i nie potoczy się pod szorstki pazur. Taki ciemny lot ciemnej cząstki z pewnością zwołałby kury z najdalszych zakątków podwórka: zza zielonej bramy, której nie ma po co zamykać, spod gruszy ułożonej w połowę litery T, a nawet z rowów i pól leżących poza obejściem.

[cd(p)n]

Comments

  1. Mam przymus czytania tego tekstu, jako tekst polityczny ... No ki diabeł, kurza twarz (tak klęła moja mama) :) A ja chcę o kurach i smołowaniu! Kury są dziwne. Przychodzą z Realnego, a my możemy sobie tylko wyobrażać jak tam jest.
    Będzie cd?

    ReplyDelete
    Replies
    1. chyba nie umiałabym go tak przeczytać! a próbowałam się nawet trochę do tego nagiąć. i nic :) a kury są super. widzę w nich opierzone dinozaury, ale takie przyjazne, bo mam do nich dużo... czułości :)
      nie wiem czy się dalej napisze. pisało się bardzo gęsto jakiś czas temu i trochę przestało. zgubiłam wątek ze smołową kulką...

      Delete

Post a Comment

Popular posts from this blog

siedlisko

przypomniałam sobie jaką konsystencję ma nocna leśna ciemność,
która wlewa się na piętro przez okna. a w oknach
jeszcze trzeszczą na ciemnym wietrze wyschnięte owady z lata
te neonowo zielone, które wraz z życiem tracą kolor, ale w zamian
zyskują wyjątkową kruchość

przybysz, lądowanie

to jeszcze nie sen, ale zbocze góry łagodne jak nadgarstek po wewnętrznej stronie -łasi się spodem liścia, idzie jabłoniami w chłodny, siny od brzegów pierwszy uścisk września





bójka

to tylko ślad po gorączce, a ja chciałabym
mieć wargę rozciętą w bójce, owocową krew,
choćby małą kropkę, co spada na chodnik
spowolniona upałem, wypluta pod buty i jest
jak skórka czereśni, tak samo blednie w czasie,
może wydziobie ją drozd, zapomni zaśpiewać
na deszcz, a może, między płytami chodnika (lub ziemi)
posieje się roślina, która nada się na napar
a ten zwali nas z nóg. ja chciałabym się bić
o chude kolana dziewczyny w levisach
skróconych u krawcowej (ładnie zawinęła), chciałabym,
ale robi się już ciemno i prawie nie można
odróżnić wrony od nieba, ciała od pnia drzewa. mogłabym
pościerać knykcie na korze, przepaść w dziupli,
kto by mi potem uwierzył w siniaki jeśli te
tak łatwo pomylić z cieniem