Skip to main content

Posts

Showing posts from May, 2017

przed burzą

muchy są poruszone, zaraz otworzy się niebo,
biała alba dziewczynki czasem znika na zebrze,
policjant chowa się w cieniu a pan w czerwonym tiszercie,
grubą, spokojną dłonią zachęca do lotu gołębia

gołąb ma kolor kawy, jest inny niż wszystkie ptaki,
szelki grubego pana ledwo trzymają spodnie,
"coś z tego będzie" — mówisz i wciąż masz odwagę się śmiać,
niebo po stronie rzeki, gdy idziesz, robi się chłodne

płaszczka

jestem dziewczynką z płaszczką i chodzę po dachach jej ogon jest cienki, czarny jak zakładka,
mokry, gdy go pocierać. pachnie środkiem jabłka,
a gdy uderza w okna tych najwyższych pięter,
myli się go z gołębiem, z trzaskaniem okiennic,
z tą kroplą, co otwiera deszcz lub z owadzim pędem:
wszystko da się objaśnić jakimś mikrobłędem,
errorem, szybszym tętnem, co daje obrazy
i trzeba z nimi iść pod wodę, jak najgłębiej
szukać miejsc, które są bezludne i ciemne.
tam szelest owadów obrasta głuchym echem,
nikt już nie szepcze imion i wszystko jest pierwsze,
swetry nieprzechodzone, skóra różowa a węgiel,
nada się jeszcze na opał. zabierz mnie tam na ferie,
przedłużane wieczorem o kolejny dzień, miesiąc,
o rok. nikt się nie spostrzeże jeśli nas nie będzie
na śniadaniu, w autobusie, w ciele, no więc prędzej:
zniszcz powietrzne pęcherze, możemy tu zostać,
dotykać brzuchów ryb, nocować w dennym mule,
na lądzie nie umiałam z tobą mówić o śmierci,
a tutaj wszystko rozumiem.

oszukana studnia

być może byłaś tą oszukaną studnią,
którą wybiera się rzucając w trawę rowerek
albo cokolwiek innego: czapkę, jabłko,
pluszaka z przetartym brzuchem i urwaną łapką; potem rozgarnia się łydką ostrą trawę,
biegnąc na spotkanie czarnych autoportretów,
których nie wyświetlają w żadnych innych lustrach.
ale kiedy dłonie chwycą za rozgrzany beton
a ciało pochyli się zbyt odważnie do przodu,
białym od słońca oczom ukazuje się
zamurowane dno, trochę śmieci,
jedna kępka chwastów cisnąca się przez szczelinę
-ostatnią nadzieję na istnienie czegoś jeszcze

co się kryje w słowie MOJE

„Mnie to ciągle gryzło, że ja nigdzie nie jestem tu u siebie ― mówi Pan E ― że, wiesz, idę przez miasto i nie mam żadnych wspomnień, nic się do mnie nie przykleja. Wracałem tu, zjadałem mielonego u mamy, wychodziłem na osiedle i odżywałem. Jak były akurat jakieś świeta, to spotykałem kumpli ze szkolnej ławy. Obserwowałem ich z daleka, szli z zakupami i mieli uśmiechnięte pyski. Wyobraź sobie, całe osiedle uśmiechnietych kolesi tylko dlatego, że wrócili w rodzinne rewiry. W końcu wpadłem na pomysł, że nie ma sensu jechać gdzieś tam, że trzeba po prostu zostać w Zamościu. (...)
Bo to jest idealne miejsce do życia, miasto w ludzkiej skali, dobre do bycia z innymi ― mówi Pan E. ― Do ludzi tu bliżej. Nie w sensie fizycznym, choć to też, całe miasto przejdziesz na piechotę. Ale tu jest też bliżej do drugiego człowieka ― przez to wszyscy są jakoś bardziej z sobą. (...)
Mnie tu może wiele rzeczy wkurwiać ― dodaje Pan F ― ale to wszystko przestaje się liczyć, gdy sobie pomyślę, że to jest jedyn…

klatka Faradaya

dość szybko wsiadaliśmy do niebieskiej nysy
- chmura nie mogła czekać na nas długo,
bo już się zwieszała jęzorem ku lasom,
świerki prawie pachniały deszczem, cierpką śliną;
musieliśmy już ruszać, już zdjąć stopę z ziemi,
położyć ją na gazie, oddać nasze ciała
kiwaniu się na boki, nasze dusze z ozonu
śpiewowi Azerów ("gdybym teraz był dzieckiem i"),
a oczy kolorowej maskotce bez nosa,
brudnej, bo chmury zbieramy w suszy pól,
troszcząc się o tuman kurzu, o odpowiednie miejsce,
które zwykle wypada w środku wsi.
jedziemy, ale nie jest pewne,
czy nie wciąga nas w siebie jakiś omam,
słodki powidok z niedoboru krwi, bo były to w końcu
aż trzy długie fiolki. może rdza na drzwiach
to nie korozja, a strupy -
wystarczy zdrapać, zaboli, wytrącimy się
ze snu, wokół nitki, jak nierówne kryształy
i pod tą chmurą jeszcze nie sprawdzimy,
czy samochód to faktycznie klatka Faradaya,
czy może czeka nas śmierć na niebiesko,
jasny, szybki koniec, płonąca makatka
z kolorowej włóczki, wyją…