Skip to main content

klatka Faradaya



dość szybko wsiadaliśmy do niebieskiej nysy
- chmura nie mogła czekać na nas długo,
bo już się zwieszała jęzorem ku lasom,
świerki prawie pachniały deszczem, cierpką śliną;
musieliśmy już ruszać, już zdjąć stopę z ziemi,
położyć ją na gazie, oddać nasze ciała
kiwaniu się na boki, nasze dusze z ozonu
śpiewowi Azerów ("gdybym teraz był dzieckiem i"),
a oczy kolorowej maskotce bez nosa,
brudnej, bo chmury zbieramy w suszy pól,
troszcząc się o tuman kurzu, o odpowiednie miejsce,
które zwykle wypada w środku wsi.

jedziemy, ale nie jest pewne,
czy nie wciąga nas w siebie jakiś omam,
słodki powidok z niedoboru krwi, bo były to w końcu
aż trzy długie fiolki. może rdza na drzwiach
to nie korozja, a strupy -
wystarczy zdrapać, zaboli, wytrącimy się
ze snu, wokół nitki, jak nierówne kryształy
i pod tą chmurą jeszcze nie sprawdzimy,
czy samochód to faktycznie klatka Faradaya,
czy może czeka nas śmierć na niebiesko,
jasny, szybki koniec, płonąca makatka
z kolorowej włóczki, wyjątkowa trudność w rozpoznaniu ciał,
z których każde jest lekko znaczone
świeżą kropką, śladem po szukaniu żył





Comments

Popular posts from this blog

Sąsiedzi: Projekt Jeżyce

jest pewien projekt, który chciałabym Wam pokazać. opowiada o wspólnocie i o byciu obcym. o sąsiedzkości. o momencie, w którym na przestrzeń wokół stołu zaczynamy mówić DOM a na ludzi mijanych w drodze do pracy-współmieszkańcy. wziął się stąd, że sama byłam przez jakiś czas tą 'nową' w nieznanym mi mieście. przez pół roku przyglądałam się obcej sobie i obcemu światu by przez 2 ostatnie tygodnie spoglądać przez obiektyw na innych' kosmitów'.  zbiór portretów osób, które skrzyknęłam na inicjatywnej facebookowej grupie jeżyckiej w mojej głowie funkcjonuje pod hasłem Sąsiedzi: Projekt Jeżyce i w takiej formie zaistnieje niedługo jako (mam nadzieję) spójna całość.

siedlisko

przypomniałam sobie jaką konsystencję ma nocna leśna ciemność,
która wlewa się na piętro przez okna. a w oknach
jeszcze trzeszczą na ciemnym wietrze wyschnięte owady z lata
te neonowo zielone, które wraz z życiem tracą kolor, ale w zamian
zyskują wyjątkową kruchość

przybysz, lądowanie

to jeszcze nie sen, ale zbocze góry łagodne jak nadgarstek po wewnętrznej stronie -łasi się spodem liścia, idzie jabłoniami w chłodny, siny od brzegów pierwszy uścisk września