Skip to main content

Posts

Showing posts from June, 2017

KMPS: szkoły w wakacje

dworzec z duchami

ortalion

gdyby ktoś malował tę pogodę, musiałby
wybrać szeroki pędzel, nanieść grubą warstwę
odbarwionej zieleni, srebra i błękitu;
na to biel, najważniejsza, bo białe są pióra,
pod które silny wiatr zagląda mądrym kaczkom,
robi sobie tam gniazdo tymczasowe jak fałdka
od palca wetkniętego w zimną kołdrę. popadało ―
mówi prababka sprytnie dobierając słowa
miękkie jak stare ogórki, rozpisane wokół
spółgłosek wargowych. nikt się nie odważy
kopać dziś piłki na dach, rozpościerać ramion,
zwłaszcza, że mówi się tutaj o małej dziewczynce,
ubranej w różowy ortalion z darów,
który na tle lasu pewnie wyglądał jak balon,
ale nikt nie podniósł głowy, by patrzeć jak znika

wygasanie dźwięków

zachrystia

z chłodu bramy jak z wnętrza ciemnej muszli
wyszedł człowiek niosąc zapach kadzidła
w ściegach starej flaneli a w dłoni foliówkę
― nie wiadomo co kupił i na czyje zlecenie. może na zachrystii poszły wszystkie żarówki (nie pierwszy raz, tak się zdarza w miejscach przejścia) a tych zwykłych, w kształcie gruszek, z grubym gwintem nie sprzedają już wszędzie. może to jednak sezon na trupie porzeczki, na czereśnie z robakiem w co trzecim owocu. może za kościołem rowy obrosły w kwaśny szczaw na zupę, nikt nie pilnował suki a ta poszła w noc, by wrócić z brzuchem rosnącym jak księżyc, rozsypać się potem pod bożym okiem, w miejscu, w którym czasem ktoś stawia koszyczek z dzieckiem, obficie, bo to był dobry rok, ale znów bez przesady, każdy nadmiar jest grzechem.
gdyby nie rudy pysk, co wygryzł dziurę w folii, wyglądałyby jak kilo ziemniaków

urlop

zatoka

są gdzieś miejsca o lepszych podwórkach, skały bez skaz,
w zatoce sklepionej jak kościół po cichu pływają ryby
z gatunku Balitoridae. poniżej poziomu wody
leżą kamienie czyste od ich pracy, pokryte
tylko glazurą słońca lanego przez gazik fal.
nigdy nas tam nie było, więc pomyśl dużą łódkę,
pomnóż ją przez dwa i przyłóż do ryby:
wciąż będzie mniejsza. gdzieś są kamienice
o jasnych oficynach, ułożone starannie
wokół ośmiokątów. każdy kąt to kryjówka porośnięta bzem,
ktoś się tam bawił w chowanego i po prostu przepadł.
szukano go później po korzeniach, w studzienkach,
słano za nim chrząszcze, by pukały w szyby,
liczono do dziesięciu, miał się znaleźć na "szukam",
ale był już daleko, bardzo dobrze wiedział,
że stąd, gdzie jesteśmy droga wiedzie dalej:
do wychylonych z wody nakrapianych ryb,
które można głaskać pod łuskę

pieszo

na dole kradną nam rower: to nic, odjadą z burzą,
przez miasto mokre jak ryba przemkną na cienkiej lince
ciągnięci jak na piorunie, ktoś nagle zakręci deszcz,
ptak się wykąpie w kałuży, kreda spłynie w dół ulic
będzie to jeden z tych czerwców, co szybko zedrze nam buty,
kolana, dżinsy na szwach i folie z cienkich mentoli.
te wszystkie ważne trasy ktoś w końcu przejedzie za nas,
przez upał, lepkość, chłód nocy,
przez szkło, kamienie i błoto.