sieczkarnia


raczej nie wierzę koślawym zwierzętom
z niebieskich ścian przychodni a Tytus,
Romek i A'Tomek nigdy nie zabrali mi
strachu przed szpatułką z drewna. nikt
nie mówił ci wcześniej, że tatuaż to rana?
że czerń bywa szara, bo ktoś ją stale mąci
pędzelkiem od gwaszu? tutaj wszystkie linie
lepiej widać po deszczu: sierść na psie, białe włosy
w krowich ogonach, niedomyty z pyłu kark.
staje się jasne, że babka ma ciało, bo zmokła
i sztuczna bluzka ziębi jej sutki. biorę sernik
sprzed tygodnia i idę go jeść w stodole.
jeszcze nie wiem, że te warstwy to już raczej
na zawsze, że tak nas pomyślano: byśmy czasem
lepili się do siebie, wytrącali pot
w zgięciach łokci i błony, co się łaszą
wciąż do cudzych rąk. bóg sypnął kociętami
i już go nie obchodzi, czy wejdą w sieczkarnię
a przecież bywam tam, mam śmierć na rękach.
gdy zliżę czekoladę a sernik wytrę w spodnie,
będę chciała zająć czymś dłonie, zakręcić kołem,
ale bez zgadywania haseł, bez grania va banque
raczej dla jednego „ciachˮ i by się przekonać,
jaki kolor much nosi w sobie ciało, które z zewnątrz
ciągle milczy o muchach

Comments