latarka



prowadzę to światło do chropowatych miejsc:
kółeczko z obwódką, test na dygot dłoni
i szkiełko popsute w dziecięcej zabawie.
gdybyśmy tu przyszły w porze wielkich deszczy,
twój but ugrzązłby w błocie, a rana na pięcie
podbiegłaby pianą jak prawy brzeg rzeki.
pakuję się w kuchni, upycham do kieszeni
skórki chleba na drogę, najlepsze pocztówki
i zdjęcia, na których wyszłaś jak nie ty.
to wszystko się zaczęło już wczoraj i rosło
w kątach ust, jak ślina zbrylona w sześciany.
dotykałaś masek bez spawaczy, bez zaćmień,
żeby znaleźć szybkę na miarę własnych dłoni.
czasami wystawiam się nocą na wiatr
z durnymi królikami, które patrzą w bok. świta,
i widać cię z profilu ― w zakręt zmarszczki
wchodzi głodny komar. lato jakoś przycichło
jakby ktoś je owinął w wilgotną ściereczkę.
jeszcze trzymam tę latarkę jak flarę, lecz wkrótce
nie będzie nas widać z daleka

Comments

  1. Udać się w taką podróż... Nie wiem czemu, ale przypomniało mi się to całkowite zaćmienie słońca, to było chyba w 97 albo 99 w lato. Pamiętasz?

    ReplyDelete
    Replies
    1. jasne, że tak. byłam wtedy wyjechana na wakacje do jedynego słusznego miejsca, które mi się później osadziło w głowie i w wierszach. i działo się wtedy trochę z tego, co napisane w tym wierszu.

      Delete
  2. Wow! U mnie też się wtedy działy dziwne rzeczy, i też o tym pisałam. Byłam nad jeziorem z ciocią i jej córką, omal nie utonęłam tego dnia, ale jakoś się wykaraskałam ;)

    ReplyDelete

Post a Comment