latarka



prowadzę to światło do chropowatych miejsc:
kółeczko z obwódką, test na dygot dłoni
i szkiełko popsute w dziecięcej zabawie.
gdybyśmy tu przyszły w porze wielkich deszczy,
twój but ugrzązłby w błocie, a rana na pięcie
podbiegłaby pianą jak prawy brzeg rzeki.
pakuję się w kuchni, upycham do kieszeni
skórki chleba na drogę, najlepsze pocztówki
i zdjęcia, na których wyszłaś jak nie ty.
to wszystko się zaczęło już wczoraj i rosło
w kątach ust, jak ślina zbrylona w sześciany.
dotykałaś masek bez spawaczy, bez zaćmień,
żeby znaleźć szybkę na miarę własnych dłoni.
czasami wystawiam się nocą na wiatr
z durnymi królikami, które patrzą w bok. świta,
i widać cię z profilu ― w zakręt zmarszczki
wchodzi głodny komar. lato jakoś przycichło
jakby ktoś je owinął w wilgotną ściereczkę.
jeszcze trzymam tę latarkę jak flarę, lecz wkrótce
nie będzie nas widać z daleka

Comments