czarnuszka


rano wystraszył się własnych tatuaży. był luty,
skóra ramion już oddała słońce, by w dni, jak ten
lekko świecić w ciemności. miał chyba pięć lat,
gdy strzelał do turystów, a z wakacji przywoził
maskotki made in china, każde „o”
domykał w lewo, przez co latynistka
nazwała go kiedyś żydziątkiem. gdy podjechał,
od razu oddałyśmy mu torby, jakby w nich
były wyłącznie jego rzeczy: sprany tiszert
z logo klubu, który nic nie znaczy, chleb
obklejony od spodu mąką i ta powieść,
którą czyta od tyłu. wystaw dłoń przez luft
po ptaki rzucone z małej piąstki na niebo
jak czarnuszka na wiatr. wysiądziemy
na wstążce pobocza między wsią a wsią,
gdzie chłopiec z lufą ma bazę z plandeki;
jakaś chmura nakryje nas sobą, jak szklana
kopuła miękkie ciastka i ułożę ci wtedy
ślimacze domki w jakąś ciemną wróżbę
na resztę tego dnia. wyczekamy sobie
odpowiednią przezroczystość ciał i znikniemy
na tle nieba białego od wrześniowych dymów.

Comments

  1. Kurczę, brak mi słów. To żeś napisała! To chyba nie może być wyimaginowana historia... Piszesz o kimś prawdziwym?

    ReplyDelete
    Replies
    1. to taki zlepek mini prawdziwych historii owiniętych wokół jednej, najważniejszej, która jednak wydarzyła się głównie w mojej głowie. gdy wracałyśmy do Poznania ze Stronia, jakiś chłopiec faktycznie celował do busa z zabawkowego pistoletu i ten obraz był totalny, przerastał mnie o głowę i musiałam z nim coś zrobić. tak się złożyło, że kierowcy, z którymi się przemieszczałyśmy w góry i z gór, też mieli ciekawe właściwości, więc zdecydowałam, że to wszystko się zrośnie w jakąś opowieść, w której dla mnie i dla Niej też znalazło się miejsce :)

      Delete
  2. Replies
    1. taki to był wyjazd, że trzeba go było zapisać.

      Delete

Post a Comment