Skip to main content

łopiany


przylepiasz mi do swetra tę kosmatą kulkę łopianu, która nazbierała w siebie sporo przydrożnego kurzu rosnąc w głębokim rowie. kurz pochodzi spod kół histerycznie gdaczących motorynek. szczupli chłopcy wożą na wytartych, rozgrzanych upałem siedzeniach, krągłe dziewczyny o włosach jasnych jak kogel mogel. młodsi bracia szczupłych chłopców próbują dogonić ich na różowych składakach odziedziczonych po starszych siostrach. tam, gdzie kończy się wyboista imitacja asfaltu, a zaczyna pobocze porośnięte szczawiem, zostawiają mokre ślady opon wyślizganych hamowaniem. na twarzach chłopców widać skupienie i rutynę. pod oknami uchylonymi na popołudnie ściele się gęsty oddech matek, które przysypiają w smugach złotego światła na zielonych rogówkach. obicia rogówek są przetarte i wbijają się w białe przedramiona matek. matki obudzą się ze śmiesznymi wzorkami na ciele. o popatrz, czerwona jodełka już rośnie na bladym mięsie policzka. matka przyłoży do niej palec pachnący cifem stojąc przed lustrem, które pękło na pół i nikt nie wie dlaczego. ojcowie wydeptują trawiaste ścieżki za domami, ścieżki pełne ślimaków i pasikoników. patrzą w dal wypuszczając w cierpkie powietrze smugi taniego dymu. 'a jak mi nie sprzedadzą, tato?' nie pyskuj i masz na oranżadę. młodszy brat szczupłego chłopca wiezie szlugi z wielobranżowego. wiezie wagon paczek oburącz, ćwicząc przy okazji jazdę bez trzymanki. jego ciało balansuje na boki utrzymując równowagę. otwarte usta łapią letni wiatr. odbija mu się głośno, wypitą na prędce białą oranżadą. kiedy zwalnia przed domem, leniwe koraliki na szprychach robią przyjemny hałas, w którym pobrzmiewa dzieciństwo. są w kolorach spranej tęczy.
łopianowa kulka wisi w martwym punkcie moich pleców, gdzie nie jestem w stanie sięgnąć, nawet jeśli wykręcę rękę do słodkiego strzyknięcia w stawie. wszystko jest tu jak dawniej. i nie jest.


przyszła paka z biura literackiego. 7 książek do wąchania. herta i jej kolaże. stąd łopian.







Comments

Popular posts from this blog

siedlisko

przypomniałam sobie jaką konsystencję ma nocna leśna ciemność,
która wlewa się na piętro przez okna. a w oknach
jeszcze trzeszczą na ciemnym wietrze wyschnięte owady z lata
te neonowo zielone, które wraz z życiem tracą kolor, ale w zamian
zyskują wyjątkową kruchość

przybysz, lądowanie

to jeszcze nie sen, ale zbocze góry łagodne jak nadgarstek po wewnętrznej stronie -łasi się spodem liścia, idzie jabłoniami w chłodny, siny od brzegów pierwszy uścisk września





bójka

to tylko ślad po gorączce, a ja chciałabym
mieć wargę rozciętą w bójce, owocową krew,
choćby małą kropkę, co spada na chodnik
spowolniona upałem, wypluta pod buty i jest
jak skórka czereśni, tak samo blednie w czasie,
może wydziobie ją drozd, zapomni zaśpiewać
na deszcz, a może, między płytami chodnika (lub ziemi)
posieje się roślina, która nada się na napar
a ten zwali nas z nóg. ja chciałabym się bić
o chude kolana dziewczyny w levisach
skróconych u krawcowej (ładnie zawinęła), chciałabym,
ale robi się już ciemno i prawie nie można
odróżnić wrony od nieba, ciała od pnia drzewa. mogłabym
pościerać knykcie na korze, przepaść w dziupli,
kto by mi potem uwierzył w siniaki jeśli te
tak łatwo pomylić z cieniem