Skip to main content

odwilż





matka wiązała mi warkocz i milczała. przed nami stało wąskie lustro z defektem. miałyśmy w nim trochę zniekształcone ciała, gdzieś w okolicach piersi. 'ubyło go'. i zaraz potem spojrzenie rzucone przez moje koślawe barki. pomyślałam, że przypominają jej się w tej chwili wszystkie plecione z moich włosów warkocze: te do przedszkola, kiedy kiwałam się na kanciastym taborecie zasypiając z chałką w dłoni, te do szkoły, wiązane gumką w kolorze dżinsu, pod ogrodniczki, te na trening, które miały być ciasne i zwarte, a później jeszcze ujarzmione kokiem. 'kiedyś nie mogłam ich zebrać, takie były. grube i śliskie'. skrzypią mi zęby, bo zaciskam. macam podstawę splotu. ubyło nawet tutaj. zaraz doda, że poprawiły się ostatnio, kręcą się przecież w loczki, o tu, po bokach. pewnie słyszała stuknięcie zęba o ząb. wszystko idzie ku lepszemu, będzie dobrze, niedługo wiosna, zrobimy budyń na kolację, świeci słońce, ciasto wyszło bez zakalca. ktoś podał w radio dane z ankiety, jesteśmy coraz bardziej zadowoleni z życia. 'poprawiły się'.
patrzę przez okno. tutaj też pozimowy defekt: cienka warstwa brudu z gołębi, powietrza i ulicy. obok krańcówki dwa trójkąty dziwnie zielonej trawy dzielone nieużywanym chodnikiem. krok dalej niepokornie wydeptane ścieżki. widzę, że ziemia nie radzi sobie z tym nadmiarem wody. wielkie kałuże stoją tu od czwartku. chłopcy poszli w nich grzebać patykami, zasiali zamęt i wrócili do domów z pierwszym szczekaniem psów i różowiejącym na wiatr niebem. 'mama, zrzuć bluzę', krzyczał jeden z nich w stronę pustych balkonów ale na kolację były serowe parówki, no przecież tutaj nie zostanie. i teraz co? ziemia już kręci głową, zaciska usta, a tu kolejna łyżeczka, za wujka, tego od wąsów i klocków lego, za to, że je kupił w urodzinowym prezencie. ziemi się to wszystko zaraz cofnie jak ciepła kaszka pełna grud, wtedy zobaczycie. będziemy spierać z ubrań ślady buntu i po cichu planować własny. 
poczułam, że to już etap plątania gumki. nie była rozciągnięta jak przedszkolne frotki, ale potrzeba jej było aż pięciu nawrotów, pięciu pętelek, żeby mogła osiąść na włosach. a no tak, jest lustro z defektem. patrzymy w nie szukając podobieństw. nakładamy się na siebie jak w sprytnym graficznym programie. matka przekłada mi przez bark skończony warkocz. najdłuższy z włosów kończy się tuż za sutkiem. zgrzytam po raz trzeci. trzecie pianie koguta. wszystko idzie ku lepszemu, będzie dobrze, niedługo wiosna, zrobimy budyń na kolację, świeci słońce, ciasto wyszło bez zakalca. o czym myślisz? że bardzo bym chciała nie zarzygać ci pościeli.

Comments

  1. Mnie też ubyło w obwodzie (szkoda, że nie pasa :( )
    ps śliczne zdjęcia

    ReplyDelete
    Replies
    1. zawsze ubywa na przekór :D
      a tak ładnie było w botanicznym na wiosnę :)

      Delete
  2. Odwilż czyli...wspominanie. Wiosna. Jedno z drugim przeplata się jak warkocze, jedno drugie ściska gumką zapętloną na kilka razy. I będzie się powtarzało dopóki gumka nie pęknie...

    ReplyDelete
  3. Obudziłaś we mnie mnóstwo wspomnień...

    ReplyDelete

Post a Comment

Popular posts from this blog

siedlisko

przypomniałam sobie jaką konsystencję ma nocna leśna ciemność,
która wlewa się na piętro przez okna. a w oknach
jeszcze trzeszczą na ciemnym wietrze wyschnięte owady z lata
te neonowo zielone, które wraz z życiem tracą kolor, ale w zamian
zyskują wyjątkową kruchość

przybysz, lądowanie

to jeszcze nie sen, ale zbocze góry łagodne jak nadgarstek po wewnętrznej stronie -łasi się spodem liścia, idzie jabłoniami w chłodny, siny od brzegów pierwszy uścisk września





bójka

to tylko ślad po gorączce, a ja chciałabym
mieć wargę rozciętą w bójce, owocową krew,
choćby małą kropkę, co spada na chodnik
spowolniona upałem, wypluta pod buty i jest
jak skórka czereśni, tak samo blednie w czasie,
może wydziobie ją drozd, zapomni zaśpiewać
na deszcz, a może, między płytami chodnika (lub ziemi)
posieje się roślina, która nada się na napar
a ten zwali nas z nóg. ja chciałabym się bić
o chude kolana dziewczyny w levisach
skróconych u krawcowej (ładnie zawinęła), chciałabym,
ale robi się już ciemno i prawie nie można
odróżnić wrony od nieba, ciała od pnia drzewa. mogłabym
pościerać knykcie na korze, przepaść w dziupli,
kto by mi potem uwierzył w siniaki jeśli te
tak łatwo pomylić z cieniem