Skip to main content

jaszczurki



pamiętam jak łapaliśmy jaszczurki na bezimiennej łące w kolorze zieleni zsiniałej od zimna, wilgoci i przedwieczornej pory bezsłonecznego dnia. gdzieś na granicy słuchu zawarczał autokar odpalony przed chwilą, wsysający teraz do wewnątrz głowy otulone jaskrawymi chustkami, skrzętnie liczone przy drzwiach, których nikt nie potrafił powstrzymać przed uporczywym zamykaniem się nie w porę. maskotki z przylepcami, oblepione kurzem i prane co jakiś czas w niebieskiej misce na podwórku, telepały się nieznacznie, odwzorowując rytm chorego silnika. nie było nas tam, ale wraz z słabym dźwiękiem otrzymaliśmy informację o chłodzie dziurawych tkanin, opiętych na koślawych siedzeniach, nie wygrzanych jeszcze przez żadne ciała i o duszącej mgle spalin. byliśmy tu i długie trawy zostawiały płytkie rany na naszych pulchnych łydkach, które odsłoniliśmy podwijając i tak już wilgotne od rosy nogawki. była to rosa zapowiadająca noc; miała w sobie niewiele światła ale sporo atramentu. przez kołnierze naszych koszulek przebiegały trasy mgły, wilgoci i małych, błękitnych owadów. zawzięcie szurałam w bucie dużym zmarzniętym palcem dziecięcej stopy, kiedy w zachłannej dłoni został mi jaszczurczy ogon. był zimny jak mała słodkowodna ryba wyjęta z górskiego strumienia, śliski jak pierś kurczaka i szorstki jak koci język, gdy przesunąć po nim kciukiem pod łuskę. pachniał październikowym deszczem, strachem i czymś pierwszym. we mgle rozrzedzał się powoli natarczywy turkot autokarowego silnika. odjechali, a my byliśmy tu: niepoliczeni, na bezimiennej łące.




Comments

  1. tak bombastyczne to pierwsze zdanie, jakby jakaś megalomania kolorystyczna
    wybujałe ego niespełnionej malarki się odezwało się ;)))haha

    ReplyDelete
    Replies
    1. malarki ze skłonnością do monochromatyzmu (?) pierwsze zdanie jest pomalowane na jeden kolor.

      Delete
  2. Świetnie piszesz, tylko męczący jest brak wielkich liter.

    ReplyDelete
    Replies
    1. tak sobie myślę, że to jakieś moje odchylenie w stronę przyznania każdemu momentowi trwania zdania tej samej wagi. pewnie wyrosnę.

      dziękuję.

      Delete
  3. och, jakie Ty masz niesamowite pióro.... i zdjęcie jest piękne, pies ma tak smutne oczy...

    dziękuję za przemiły komentarz u mnie, to musiałaby być świetna rzecz, pojechać gdzieś razem.

    ReplyDelete

Post a Comment

Popular posts from this blog

siedlisko

przypomniałam sobie jaką konsystencję ma nocna leśna ciemność,
która wlewa się na piętro przez okna. a w oknach
jeszcze trzeszczą na ciemnym wietrze wyschnięte owady z lata
te neonowo zielone, które wraz z życiem tracą kolor, ale w zamian
zyskują wyjątkową kruchość

przybysz, lądowanie

to jeszcze nie sen, ale zbocze góry łagodne jak nadgarstek po wewnętrznej stronie -łasi się spodem liścia, idzie jabłoniami w chłodny, siny od brzegów pierwszy uścisk września





bójka

to tylko ślad po gorączce, a ja chciałabym
mieć wargę rozciętą w bójce, owocową krew,
choćby małą kropkę, co spada na chodnik
spowolniona upałem, wypluta pod buty i jest
jak skórka czereśni, tak samo blednie w czasie,
może wydziobie ją drozd, zapomni zaśpiewać
na deszcz, a może, między płytami chodnika (lub ziemi)
posieje się roślina, która nada się na napar
a ten zwali nas z nóg. ja chciałabym się bić
o chude kolana dziewczyny w levisach
skróconych u krawcowej (ładnie zawinęła), chciałabym,
ale robi się już ciemno i prawie nie można
odróżnić wrony od nieba, ciała od pnia drzewa. mogłabym
pościerać knykcie na korze, przepaść w dziupli,
kto by mi potem uwierzył w siniaki jeśli te
tak łatwo pomylić z cieniem