Skip to main content

biegnę


***
do mnie nie narzeka się o deszczu. "aaaaaależ dziś... hm, pewnie mi powiesz, że piękna pogoda, co?". tak właśnie. granatowy wieczór pachnie żółtymi mirabelkami. marzną już czubki nosów. miłe zaskoczenia. miłe pauzy od grawitacji. jajecznica kubistów. banany i gruszki skamandrytów.

***
wiadomości uruchamiają pytania podstawowe: ale o co w ogóle chodzi? i że niby tak było przez 3 lata? o jezusie!

***
mam nadzieję, że te chmury wiszą tylko nad miastem, że tym razem nie ma w tym żadnych metafor angażujących moją ciężką głowę. granatowo, że prawie czarno. najlepiej widać to, kiedy stoi się w pełnym słońcu i chyba tak jest po prostu zawsze. cień z cienistej perspektywy jest tym, co znane, ze słonecznej-przerażającym novum. "only hate the road when you missin' home".
trójka na pochwałę łaciny: no więc bene! ale w kwestii CSMuuu... mam ochotę pisać o zakrętach. curvus curvusem pogania!

***
kobieta z watą cukrową na głowie.

***
czy może być pozytywniej? czy to już patologia pesymisty?! nocny trójkąt miłosno-radosny z Woodym. ech, la-di-da, la la. kolejne słowo-klucz. jestem w kolorze blue, zaniebieszczam się. jest pięknie, naprawdę jest. a na dokładkę-samochód wymalowany plakatówkami. duże żółte słońce nad kierunkowskazem. ślady małych palców rosną różowym trawnikiem aż po same okna. pod dziełem podpisała się na pomarańczowo Matylda. na błotniku. wymieniamy uśmiechy z kierowcą, potwierdzamy kciukami, że moc jest z nami i jedziemy dalej, zmienieni na resztę dnia. jest pięknie, naprawdę jest

***
mijamy latarnie i mój zwielokrotniony cień kładzie się na żółtych drzwiach tramwaju. ruletka. kulka w łeb czy następna kolejka? miasto jest dzisiaj bardzo wyraziste.

***
a pan, panie sąsiedzie z ósmego potrafi zawsze tak kwieciście mówić! pogadalibyśmy, gdybyśmy znali się lepiej, prawda? ale znamy się z windy. gadamy o tym, że zimno i już chyba jesiennie. wiatr jesienny i takie same wieczory. głupotki. pogoda. "ale ma to swój urok, ma to swój urok". pewnie, proszę pana! ja cała jestem jesienią. dźwigam plecak na jedenaste i zaraz z powrotem. do jesieni wbiegnę na wiotkim kolanie, ciężko będzie mnie zatrzymać we wrześniu.

na oddziale dzisiaj cicho, spokojnie (do czasu). pan niemiły na portierni, dobrze, że jestem o czasie. podwójny kurs po herbatę "bo taka dobra!". ej, to tylko earl grey z niedomytego kubka w motyle! czaj potrafi sporo zdziałać. sznurki z nadgarstka jednak komunikują. szok, brak języka w gębie, jak zwykle. mam tysiąc odpowiedzi po czasie, siedzę w tramwaju i wymyślam, zbieram je od ciebie, taaaaka jestem teraz błyskotliwa, ale co się zdarzyło, już się nie odzdarzy. 



***
krótkie i węzłowate polecenie od ciebie-kurs kopiowania i wklejania tekstu na dotykowym. holy shit, kto ma takie małe i zwinne palce?! nie no, ćwiczę, ale bez przesady!

potrójne świętowanie
skomplikowane wino
cicha woda
czy my umiemy się wyspać?


wsiąkam w brzoskwiniową przestrzeń. pozwolisz mi?

zasupłałam usta.

Comments

  1. Nie wiem dlaczego, bo przecież mam inaczej, ale ogromnie bliski mi tekst. Do czucia.

    ReplyDelete
  2. ...i jeszcze najsłodsze słowo schyłku lata...mirabelki...:)

    ReplyDelete

Post a Comment

Popular posts from this blog

siedlisko

przypomniałam sobie jaką konsystencję ma nocna leśna ciemność,
która wlewa się na piętro przez okna. a w oknach
jeszcze trzeszczą na ciemnym wietrze wyschnięte owady z lata
te neonowo zielone, które wraz z życiem tracą kolor, ale w zamian
zyskują wyjątkową kruchość

przybysz, lądowanie

to jeszcze nie sen, ale zbocze góry łagodne jak nadgarstek po wewnętrznej stronie -łasi się spodem liścia, idzie jabłoniami w chłodny, siny od brzegów pierwszy uścisk września





bójka

to tylko ślad po gorączce, a ja chciałabym
mieć wargę rozciętą w bójce, owocową krew,
choćby małą kropkę, co spada na chodnik
spowolniona upałem, wypluta pod buty i jest
jak skórka czereśni, tak samo blednie w czasie,
może wydziobie ją drozd, zapomni zaśpiewać
na deszcz, a może, między płytami chodnika (lub ziemi)
posieje się roślina, która nada się na napar
a ten zwali nas z nóg. ja chciałabym się bić
o chude kolana dziewczyny w levisach
skróconych u krawcowej (ładnie zawinęła), chciałabym,
ale robi się już ciemno i prawie nie można
odróżnić wrony od nieba, ciała od pnia drzewa. mogłabym
pościerać knykcie na korze, przepaść w dziupli,
kto by mi potem uwierzył w siniaki jeśli te
tak łatwo pomylić z cieniem