Skip to main content

wyprawa



zapętlenie wokół refrenu jednej piosenki ciągnie mnie w Bieszczady. w okolicach pępka zbierają się wszystkie łaskotania i przyjemne ciężary. ciepło. szmery w sercu nie pozwalają mi spać. słucham jak słowa o strachu przed samotną starością obijają się o góry. na scenie niebiesko, transcendentalnie, gałczyński wiedział co robi pisząc o niebieskiej trumience. więc nim to wszystko, trzeba by było jeszcze raz, pod górę. zobaczyć czy nas nie ma na szczytach i w dolinach. złapać za zimny nos bieszczadzką noc. 

jedziemy?

Comments

  1. Pojadę kiedyś w Bieszczady i poodbijam słowa o strachu przed samotnością o skały. Niech się rozwalą. Skały.
    Uwielbiam pocztówkowe. ;_____;

    ReplyDelete

Post a Comment

Popular posts from this blog

siedlisko

przypomniałam sobie jaką konsystencję ma nocna leśna ciemność,
która wlewa się na piętro przez okna. a w oknach
jeszcze trzeszczą na ciemnym wietrze wyschnięte owady z lata
te neonowo zielone, które wraz z życiem tracą kolor, ale w zamian
zyskują wyjątkową kruchość

przybysz, lądowanie

to jeszcze nie sen, ale zbocze góry łagodne jak nadgarstek po wewnętrznej stronie -łasi się spodem liścia, idzie jabłoniami w chłodny, siny od brzegów pierwszy uścisk września





bójka

to tylko ślad po gorączce, a ja chciałabym
mieć wargę rozciętą w bójce, owocową krew,
choćby małą kropkę, co spada na chodnik
spowolniona upałem, wypluta pod buty i jest
jak skórka czereśni, tak samo blednie w czasie,
może wydziobie ją drozd, zapomni zaśpiewać
na deszcz, a może, między płytami chodnika (lub ziemi)
posieje się roślina, która nada się na napar
a ten zwali nas z nóg. ja chciałabym się bić
o chude kolana dziewczyny w levisach
skróconych u krawcowej (ładnie zawinęła), chciałabym,
ale robi się już ciemno i prawie nie można
odróżnić wrony od nieba, ciała od pnia drzewa. mogłabym
pościerać knykcie na korze, przepaść w dziupli,
kto by mi potem uwierzył w siniaki jeśli te
tak łatwo pomylić z cieniem