Skip to main content

aseptyczność



koślawo pocięty imbir, fikuśne goździki i pomarańcze kołują powoli w dzbanku z wrzątkiem. zalałam przed chwilą i wdycham słodkawo-ostry zapach. jeszcze miód, jak przestygnie. pora wygonić katar. tatuś muminka opowiada o swoim dzieciństwie. ma przy tym szalenie metatekstowe refleksje. czy tatuś to tove? nigdy się nie zastanawiałam. i nigdy wcześniej nie wiedziałam o istnieniu joka, który budząc się ze snu miał w zwyczaju wydawać z siebie beztroskie "hupp, haff".
co jakiś czas przesuwam palcem wskazującym po drewnianym pudełku. próbuję nie otwierać go co zbyt często, ale dźwięk brązowej gumki naciąganej na sosnowy guzik budzi dziwnie miłe, nieco szorstkie skojarzenia. płynę przez ten jałowy dzień jak łupinowy stateczek ze zbędną flagą na wykałaczce. kręcę małe kółka obolałymi kostkami, w których zebrało się chyba zbyt dużo wody lub krwi. nadgarstki pęcznieją, jakby przerażał je ten nadmiar w ciele, jakby chciały się czym prędzej otworzyć na świat nie wiedząc jak to uczynić. 
w tym wszystkim nasz poziom meta- zaprasza jak wygodne łóżko. układam w nim więc zmęczone nadmiarem ciało. jest tu chłodna, szara pościel i białe prześcieradło. powietrze zgromadzone wokół mojej głowy pachnie twoim proszkiem do białego. albo szamponem, którego ledwo wyczuwalny zapach wyjmuję ci z włosów drugiego dnia po myciu. niedookreślony konglomerat, z którym czuję się względnie bezpiecznie.

kilka linijek tekstu na granatowym tle zwielokrotniło moją alergię na aseptyczność, na temperaturę pokojową, na permanentny błogostan bez cienia wątpliwości, bez pytań na ustach, bez pytań w głowie. na cieplarnianą atmosferę myślowej szklarni, na noszenie kompletów odzieży (czapka, szalik i rękawiczki w tym samym kolorze, nakładane na ciało z poczuciem złudnej komplementarności). alergię na bezbolesność, na sterylność świata, w którym woda ma przejrzystość i kolor mórz z katalogów biur podróży a nie słyszała nigdy o pleśni, wodorostach, glonach i truchłach ryb kołyszących się na powierzchni. alergię na tych, co umieją siebie przeczekać i nie wpadać w rozpacz jak w dzban, na tych, którzy noszą metki przy koszulach i nie korci ich, by rozdrapać kark do krwi. alergię na życie bez podszewki, życie ze stylonu.




Comments

  1. słońce jest najcudowniejsze na świecie, nawet to najbardziej nachalne :))

    ReplyDelete
  2. Od czasu do czasu dobrze jest się odkazić, wyczesać i wyjałowić szczególnie z myśli, planów i tempa. To wpływa odmładzająco na cerę ale przede wszystkim na równowagę. Każdy z nas potrzebuje czasu dla siebie, takiego, w którym otaczają go relaksujące widoki i zapachy, jak na przykład owocowej herbaty.
    Od czasu do czasu.
    Później znowu zaczyna żyć.

    ReplyDelete

Post a Comment

Popular posts from this blog

siedlisko

przypomniałam sobie jaką konsystencję ma nocna leśna ciemność,
która wlewa się na piętro przez okna. a w oknach
jeszcze trzeszczą na ciemnym wietrze wyschnięte owady z lata
te neonowo zielone, które wraz z życiem tracą kolor, ale w zamian
zyskują wyjątkową kruchość

przybysz, lądowanie

to jeszcze nie sen, ale zbocze góry łagodne jak nadgarstek po wewnętrznej stronie -łasi się spodem liścia, idzie jabłoniami w chłodny, siny od brzegów pierwszy uścisk września





bójka

to tylko ślad po gorączce, a ja chciałabym
mieć wargę rozciętą w bójce, owocową krew,
choćby małą kropkę, co spada na chodnik
spowolniona upałem, wypluta pod buty i jest
jak skórka czereśni, tak samo blednie w czasie,
może wydziobie ją drozd, zapomni zaśpiewać
na deszcz, a może, między płytami chodnika (lub ziemi)
posieje się roślina, która nada się na napar
a ten zwali nas z nóg. ja chciałabym się bić
o chude kolana dziewczyny w levisach
skróconych u krawcowej (ładnie zawinęła), chciałabym,
ale robi się już ciemno i prawie nie można
odróżnić wrony od nieba, ciała od pnia drzewa. mogłabym
pościerać knykcie na korze, przepaść w dziupli,
kto by mi potem uwierzył w siniaki jeśli te
tak łatwo pomylić z cieniem