Skip to main content

Posts

momenty styku

akacje samosiejki gięły się w lewo od pędu, zwierzęta szły do lasu, kryły się w podszyciu,  nieobecność słońca markowała bielą,  jabłka zaczynały ciążyć jabłoniom, kocięta brzuchom kocic,  odświeżano bloki pastelową farbą,  leśne drogi weszły w rzeki,  kamień uderzył o kamień gdzieś w zielonym nurcie,  ktoś rzucił się pod pociąg i przeżył
Recent posts

otwórz okno na czarne prześcieradła

makieta

na osiedlu czas płynie gdy się patrzy na wierzbę,
poza nią nie ma ludzi, dni, rysunków kredą,
styropian nie udaje nasion topoli, a te
nie kleją się do warg jak cukrowa wata.
na górkę-ślimaka wchodzi się dość szybko:
złagodniała i przerosłam ją o głowę;
to prawie niemożliwe, by zedrzeć tu kolana,
bo wszystko jest łagodne: asfalt, liście babki
pasujące krojem do największych ran,
piach układa się w łachy podobne poduszkom,
ostra trawa ucieka po łuku przed skórą.
matki zwisają z okien, wciąż o krok przed nami,
mają tylko słabsze głosy, bledsze twarze;
nikt nam nie da gwarancji, że to wszystko naprawdę,
naprawdę jest mrużenie oczu, uchylanie warg
od zajączka puszczanego z linii balkonów
oknem otwieranym na skwar

próg

gdy wracamy, duży pies, nierówno porośnięty czarno-brązową sierścią, wciąż kocha po cichu. tym razem jego ciepły brzuch przylega do progu, wyłapuje drgania, które powstają w sercu domu, wszystkie szurania krzesłem, kapciem; głosy, które prawie wychodzą na schody, ale jednak nie, bo zatrzymuje je deszcz rozpylony na szybie, zapach kawy, czyjeś wołanie z ostatniego pokoju ― one wszystkie stawiają psie uszy na sztorc. jeśli drzwi się dziś nie uchylą, pójdzie poleżeć w śladach butów rozsianych przy furtce. z resztek ciepła i zapachu wynika, że tam byli po raz ostatni.

KMPS: szkoły w wakacje

dworzec z duchami

ortalion

gdyby ktoś malował tę pogodę, musiałby
wybrać szeroki pędzel, nanieść grubą warstwę
odbarwionej zieleni, srebra i błękitu;
na to biel, najważniejsza, bo białe są pióra,
pod które silny wiatr zagląda mądrym kaczkom,
robi sobie tam gniazdo tymczasowe jak fałdka
od palca wetkniętego w zimną kołdrę. popadało ―
mówi prababka sprytnie dobierając słowa
miękkie jak stare ogórki, rozpisane wokół
spółgłosek wargowych. nikt się nie odważy
kopać dziś piłki na dach, rozpościerać ramion,
zwłaszcza, że mówi się tutaj o małej dziewczynce,
ubranej w różowy ortalion z darów,
który na tle lasu pewnie wyglądał jak balon,
ale nikt nie podniósł głowy, by patrzeć jak znika

wygasanie dźwięków