Sunday, February 19, 2017

szerszenie


tutaj żarówkom zawsze brakowało mocy
nikt nie pokładał nadziei nawet w setkach,
wkręcanych w obecności wszystkich domowników,
spuchniętą dłonią tego, który stawiał
lewą połowę domu.
po serii krótkich mignięć wylewał się blask
tak samo mętny, jak ten, który już znaliśmy,
zaprawiony gryczanym miodem,
czarną akwarelą. moja mała siostra
najdłużej męczyła szyję, rosnąc cicho
tuż pod żarówką, jakby próbowała dociec
kto obłożył szkło okleiną z autobusowych szyb,
która dzieli świat na małe kółeczka, męczy oczy,
wycisza i tak słabe, zimowe słońce,
i nie wpuszcza go w zagłębienia siedzeń,
twarzy, więc przeżywam w drodze
twoje półzaćmienie. to tylko półprawda,
wygryziona przez troskę, gdy mówię,
że przez warstwę firanki i duchów
nie wpadną nam tu szerszenie, chociaż 
gdy słońce chowa się za pierwszy świerk, 
gdy nie widać już lotki w badmintonie, 
życzysz sobie po cichu, by zadziało się cokolwiek 
i mogłoby to być
nawet tarcie skrzydła o skrzydło,
nagłe kwitnienie jaskrów, truchtanie
białego, krótkiego psa, który dzień w dzień
idzie w noc, 
żeby ta ciemność, z którą nie umiemy sobie radzić
zostawała z tyłu, by zawsze 
szła tuż za ogonem

Monday, February 13, 2017

okręt


ten najdłuższy wieżowiec na osiedlu,
z ciemnym wiankiem pustych suszarni
to okręt, a ja skaczę
w przestrzeń Oceanu Spokojnego.
na geografii uczył nas o nim pan, który nosił
bezpieczne, wełniane swetry, jakby szykował się
na sztorm albo na ostateczny dryf
spienionymi rzekami w stronę morza.
dziś wiem, że kiedy mówił
o wyjątkowo zróżnicowanym dnie, o grzbietach
śródoceanicznych, które wyobrażałam sobie
osiodłane i gotowe do galopu,
tak naprawdę czuł wielki lęk, głębszy,
niż korytarze gryzących rękawów,
którymi idzie się w stronę dłoni, w stronę map.
stojąc tu zdążę się jeszcze głupio zdziwić,
że nikt nie rozwiesił żagli, które byłyby białe,
gdyby nie plamy potu rozlane tam,
gdzie zwykle leżą plecy. teraz wiem, że w piwnicach bloku
muszą ocierać się o siebie wielkie, czarne tryby
napędzane parą i nocą. a to tylko początek,
będzie mi tam dobrze. nie pozwól sobie wmówić,
że tafla wody jest w rzeczywistości twarda
i nieugięta jak ziemia.

Thursday, February 9, 2017

śpiew


być może, gdy będę stara jak orzech włoski z nitką,
znaleziony w pudle na bombki i łańcuchy
zabiorę na drogę czarną herbatę
przelaną ostrożnie do butelki po coli.
być może przesłodzę, bo co to szkodzi,
kiedy zaraz przyjdzie umierać; człowiek coś musi
mieć z tego życia i niech to
nawet będzie cukrowy, mętny osad
na dnie małej butelki, kilka zakrętów
łagodnych jak nory, rozpiętych tak,
że można pozdrawiać lokomotywę a w palcach
długo obracać kulkę chleba,
aż będzie jak księżyc. być może wtedy
będę chciała śpiewać dziwną pieśń
w przedziale białym od braku słońca,
nosowo, raczej patrząc w dół,
by od teraz się przyzwyczajać