Skip to main content

Posts

kolor środka

Recent posts

piach

jest problem z tym pozimowym piachem: nie wysechł jeszcze na tyle, by można go było zamiatać, a mimo to idę do ciebie po pręgach od gałęzi mioteł. ktoś próbował  za wszelką cenę zrobić tu porządek. nie otwieraj, możemy przecież jechać tym grzmiącym od ciężaru tramwajem przez deszcz, nową trasą, która się nie skończy mimo braku torowiska. pojedziemy dalej między ogródki działkowe, gdzie stanie nasz obłąkany, malowany w słońca i muchomory dom, i nikt, nigdy nie trafi do nas z pocztą, jedzeniem śmiercią na telefon
po prostu nie odbieraj, jeśli nie chcesz uczyć się potem wstawania z podłogi

dzikie gęsi albo druga w nocy

"Dzikie gęsi wracają. Nocami, gdzieś w górze, z zachodniej strony narasta gęganie, przesuwa się nad głowami i cichnie w oddali. W dzień po niebie przepływają szeregi ptaków ustawionych w linię skośną lub klin o jednym ramieniu krótszym od drugiego. Skrzydła biją miarowo, co jakiś czas szyk rozsypuje się, inna gęś obejmuje prowadzenie, pozostałe z tyłu szybkimi uderzeniami skrzydeł dołączają i znów linia się wyrównuje. Ptaki wędrują i rozmawiają w locie: Jesteś? - Jestem. Zwolnić? - Nie trzeba. - Wszystko w porządku? - O tak!".



Simona Kossak, O ziołach i zwierzętach


to taki czas, że nic, tylko zazdrościć gęsiom.

bójka

to tylko ślad po gorączce, a ja chciałabym
mieć wargę rozciętą w bójce, owocową krew,
choćby małą kropkę, co spada na chodnik
spowolniona upałem, wypluta pod buty i jest
jak skórka czereśni, tak samo blednie w czasie,
może wydziobie ją drozd, zapomni zaśpiewać
na deszcz, a może, między płytami chodnika (lub ziemi)
posieje się roślina, która nada się na napar
a ten zwali nas z nóg. ja chciałabym się bić
o chude kolana dziewczyny w levisach
skróconych u krawcowej (ładnie zawinęła), chciałabym,
ale robi się już ciemno i prawie nie można
odróżnić wrony od nieba, ciała od pnia drzewa. mogłabym
pościerać knykcie na korze, przepaść w dziupli,
kto by mi potem uwierzył w siniaki jeśli te
tak łatwo pomylić z cieniem

o, children

ostatnie piętro to winda jadąca w poprzek świata.
rejoice

einar

Przyszedł taki czas, że rybak Einar, którego wszyscy nazywali Szyszką, przestał wierzyć w dobre intencje pogody oraz w to, że żaden wiatr, nawet wiejący z północy, nie jest w stanie porwać jego kur przez dziurę w dachu. Szyszka, bo jego prawdziwe imię każdemu wydawało się zbiorem niewłaściwie ustawionych liter, zarządził wielkie smołowanie. Tak właśnie pomyślał: "zarządzam", chociaż nie miał wokół siebie nikogo i rozdzielanie zadań, tak charakterystyczne dla zarządzania czymkolwiek, a więc i samo zarządzanie, wypłukiwały się ze znaczeń kiedy tylko Szyszka obiegał spojrzeniem podwórko. Mogło mu jednak chodzić wyłącznie o to, by kury wiedziały co jest na rzeczy. By obietnicę smołowania schowały w najgłębszych rzędach piór, by obsypały ją piachem i, jako zapowiedź bezpieczeństwa, wysiedziały na słomie, znosząc potem jajka o dwóch żółtkach. Z wystraszonych kur nie ma żadnego pożytku, mówił Szyszka do nikogo, bo lubił zdania twierdzące, to jak brzmią oraz to, że można je wieszać…

dziewczynka i lis

"Dziewczynka, która połamała krzesło, wyprowadziła się do lasu. Zamieszkała w przestronnej, wygodnej norze, pewnie po niedźwiedziu, i spała w niej na posłaniu z suchych liści. Nie wzięła z sobą zeszytów ani budzika. Żywiła się orzeszkami laskowymi jak wiewiórka. Orzeszki rozłupywała za pomocą kamieni. W lesie mogłaby wrzeszczeć bezkarnie, ale nie wrzeszczała, nie miała ani powodu, ani chęci. Dowiedziałam się o tym wszystkim, kiedy zobaczyłam ją na obrazku w jakiejś książce, wędrowała leśną ścieżką ubrana w moją zieloną sukienkę. Na innym obrazku tą samą ścieżką maszerował na dwóch łapach lis. Lis miał wesołe spojrzenie i wzbudził we mnie zaufanie. Domyśliłam się, że są przyjaciółmi. Namalowałam ich kiedyś na kartonie z bloku podczas lekcji rysunków. Szli między drzewami, trzymali się za ręce, uśmiechnięci i podobni do siebie prawie jak dwie krople wody — prawie, bo lis ciągnął za sobą rudą kitę, która mu się rozmazała w mokrej zieleni. Mój obrazek był nie na temat, jak zwykle. N…

szerszenie

tutaj żarówkom zawsze brakowało mocy nikt nie pokładał nadziei nawet w setkach, wkręcanych w obecności wszystkich domowników, spuchniętą dłonią tego, który stawiał lewą połowę domu. po serii krótkich mignięć wylewał się blask tak samo mętny, jak ten, który już znaliśmy, zaprawiony gryczanym miodem, czarną akwarelą. moja mała siostra najdłużej męczyła szyję, rosnąc cicho tuż pod żarówką, jakby próbowała dociec kto obłożył szkło okleiną z autobusowych szyb, która dzieli świat na małe kółeczka, męczy oczy, wycisza i tak słabe, zimowe słońce, i nie wpuszcza go w zagłębienia siedzeń, twarzy, więc przeżywam w drodze twoje półzaćmienie. to tylko półprawda, wygryziona przez troskę, gdy mówię, że przez warstwę firanki i duchów nie wpadną nam tu szerszenie, chociaż  gdy słońce chowa się za pierwszy świerk,  gdy nie widać już lotki w badmintonie,  życzysz sobie po cichu, by zadziało się cokolwiek  i mogłoby to być nawet tarcie skrzydła o skrzydło, nagłe kwitnienie jaskrów, truchtanie białego, k…