Skip to main content

bielinki




trochę nieporadnie wsiadasz na ten za duży rower i uśmiechasz się jedną stroną ust do swoich uroczych prób. to ja otwieram furtkę przez którą przejazd był zawsze emocjonującą loterią. kiedyś obie hodowałyśmy z tego samego powodu i na tym samym kolanie kolorowe siniaki, rozrastające się śmiesznie w nieprzemierzone państwa, miasta, doliny, kotliny-widziane z lotu ptaka w odpowiednich porach roku. dookoła pachnie polnymi chwastami i zamkniętym w podkowie lasu upalnym powietrzem. patrzę na ciebie, zamykasz lekkomyślnie oczy na parę chwil i wjeżdżasz w ruchliwą chmarę białych motyli zawieszoną w cieniu lip. odwracasz się do mnie w uśmiechu i twoja głowa cała jest słońcem, twoje włosy prześwietlone na wylot uciekają ku niebu jak promienie. i prawie popadam w święte skojarzenia, w maryjne motywy, ale moja głowa nawet teraz nie przestaje się chylić myślami w stronę śmierci. przypominam sobie bielinki latające w chmurze śmiertelnego zapachu, nad parą jednych białych, bezwładnych skrzydeł poruszaną już tylko podmuchami bezczelnego wiatru.

Comments

Popular posts from this blog

siedlisko

przypomniałam sobie jaką konsystencję ma nocna leśna ciemność,
która wlewa się na piętro przez okna. a w oknach
jeszcze trzeszczą na ciemnym wietrze wyschnięte owady z lata
te neonowo zielone, które wraz z życiem tracą kolor, ale w zamian
zyskują wyjątkową kruchość

przybysz, lądowanie

to jeszcze nie sen, ale zbocze góry łagodne jak nadgarstek po wewnętrznej stronie -łasi się spodem liścia, idzie jabłoniami w chłodny, siny od brzegów pierwszy uścisk września





bójka

to tylko ślad po gorączce, a ja chciałabym
mieć wargę rozciętą w bójce, owocową krew,
choćby małą kropkę, co spada na chodnik
spowolniona upałem, wypluta pod buty i jest
jak skórka czereśni, tak samo blednie w czasie,
może wydziobie ją drozd, zapomni zaśpiewać
na deszcz, a może, między płytami chodnika (lub ziemi)
posieje się roślina, która nada się na napar
a ten zwali nas z nóg. ja chciałabym się bić
o chude kolana dziewczyny w levisach
skróconych u krawcowej (ładnie zawinęła), chciałabym,
ale robi się już ciemno i prawie nie można
odróżnić wrony od nieba, ciała od pnia drzewa. mogłabym
pościerać knykcie na korze, przepaść w dziupli,
kto by mi potem uwierzył w siniaki jeśli te
tak łatwo pomylić z cieniem