Skip to main content

senty-męty, senty-mętnie



znów mój przyjazd i znów próbujemy podstawiać dawne jabłonie i grusze pod dzisiejszy krajobraz. zbyt wiele pamiętam. co można zrobić z pamięcią siedząc na skarlałym pniaku zamiast na gałęzi? jestem tak blisko ziemi, że nie wiem już czy kolana uniosą mnie w górę gdy zawołasz na obiad. nie zeskakuję z chropowatej jabłoni jak kiedyś i nie ranię sobie o nią łokci. nie przeczytam ze strupów, że wciąż żyję.
"było, bo było", mówisz bardziej do siebie, niż do mnie, chociaż stoję obok. zastanawiam się jak to jest być jeszcze bliżej śmierci. próbuję z twoich czterdziestu i paru lat wyczytać, czy stoisz już do niej bokiem, czy wykonałaś ten "słynny półobrót". Sted wraca jak natrętna piosenka.
w tym, co pamiętam, są rzeczy najmniejszej wagi. pył, kolor, muszki zawieszone w słońcu na niewidzialnych nitkach. żadnych słów. nie potrafię i nie chcę zamknąć za tym drzwi, tak jak nie zamykam drzwi za tobą. siedzę w przeciągu. czekam na katar.
sentymenty są jak żółte okulary z zabawkowego zestawu dla małych doktorów, które wyjmuje się po latach by przekonać się, że już nie sięgają za uszy.

Comments

Popular posts from this blog

siedlisko

przypomniałam sobie jaką konsystencję ma nocna leśna ciemność,
która wlewa się na piętro przez okna. a w oknach
jeszcze trzeszczą na ciemnym wietrze wyschnięte owady z lata
te neonowo zielone, które wraz z życiem tracą kolor, ale w zamian
zyskują wyjątkową kruchość

przybysz, lądowanie

to jeszcze nie sen, ale zbocze góry łagodne jak nadgarstek po wewnętrznej stronie -łasi się spodem liścia, idzie jabłoniami w chłodny, siny od brzegów pierwszy uścisk września





bójka

to tylko ślad po gorączce, a ja chciałabym
mieć wargę rozciętą w bójce, owocową krew,
choćby małą kropkę, co spada na chodnik
spowolniona upałem, wypluta pod buty i jest
jak skórka czereśni, tak samo blednie w czasie,
może wydziobie ją drozd, zapomni zaśpiewać
na deszcz, a może, między płytami chodnika (lub ziemi)
posieje się roślina, która nada się na napar
a ten zwali nas z nóg. ja chciałabym się bić
o chude kolana dziewczyny w levisach
skróconych u krawcowej (ładnie zawinęła), chciałabym,
ale robi się już ciemno i prawie nie można
odróżnić wrony od nieba, ciała od pnia drzewa. mogłabym
pościerać knykcie na korze, przepaść w dziupli,
kto by mi potem uwierzył w siniaki jeśli te
tak łatwo pomylić z cieniem