Skip to main content

w stronę rzeki




kolejna w życiu odwilż i wciąż nie wiadomo
jak daleko posunie się topnienie,
czy ocaleją bryły miast: punktowce, szkoły, posągi,
szczególnie te wykute z najbielszych kamieni

może to bez znaczenia, wszystko z czasem szarzeje:
śnieg z wierzchu i z brzegu ulic, suknie ślubne na strychach,
zęby, papier i skóra poprzecierana na łokciach,
oddech jak rybi pęcherz wypluty pod łapy kotom

któregoś dnia znajdziemy słowa zebrane w pęczek
i przewiązane niedbale rozdwajającym się sznurkiem:
"już tylko tak i już zawsze tyle", słabnący puls na przegubach
ostatnia odwilż przyjdzie od stóp, powiedzie nas w stronę rzeki

Comments

  1. Replies
    1. dawno mnie tu nie było. i nadal nie ma. to chyba właśnie z niedoboru muszenia.

      Delete
  2. Replies
    1. teraz oglądam się przez ramię na styczeń i myślę sobie, że odwilż to jednak pikuś.

      Delete
  3. oddaję część siebie Twojej poezji

    ReplyDelete
    Replies
    1. zaopiekujemy się tą częścią troskliwie, ja i słowa.

      Delete
  4. "wszystko z czasem szarzeje"...
    ano, że ta powiem lakonicznie.

    ReplyDelete
    Replies
    1. bo co można zrobić innego oprócz tego, że przytaknąć. ano właśnie.

      Delete

Post a Comment

Popular posts from this blog

siedlisko

przypomniałam sobie jaką konsystencję ma nocna leśna ciemność,
która wlewa się na piętro przez okna. a w oknach
jeszcze trzeszczą na ciemnym wietrze wyschnięte owady z lata
te neonowo zielone, które wraz z życiem tracą kolor, ale w zamian
zyskują wyjątkową kruchość

przybysz, lądowanie

to jeszcze nie sen, ale zbocze góry łagodne jak nadgarstek po wewnętrznej stronie -łasi się spodem liścia, idzie jabłoniami w chłodny, siny od brzegów pierwszy uścisk września





bójka

to tylko ślad po gorączce, a ja chciałabym
mieć wargę rozciętą w bójce, owocową krew,
choćby małą kropkę, co spada na chodnik
spowolniona upałem, wypluta pod buty i jest
jak skórka czereśni, tak samo blednie w czasie,
może wydziobie ją drozd, zapomni zaśpiewać
na deszcz, a może, między płytami chodnika (lub ziemi)
posieje się roślina, która nada się na napar
a ten zwali nas z nóg. ja chciałabym się bić
o chude kolana dziewczyny w levisach
skróconych u krawcowej (ładnie zawinęła), chciałabym,
ale robi się już ciemno i prawie nie można
odróżnić wrony od nieba, ciała od pnia drzewa. mogłabym
pościerać knykcie na korze, przepaść w dziupli,
kto by mi potem uwierzył w siniaki jeśli te
tak łatwo pomylić z cieniem