Skip to main content

wpadam czasem na Patricię Highsmith



Czytam Codzienne rytuały, gdy wtem:


„Chora w towarzystwie większości ludzi, miała wyjątkowo intensywną relację ze zwierzętami — zwłaszcza kotami, ale też ze ślimakami, które hodowała w domu. Highsmith zaczęła traktować ślimaki jak zwierzęta domowe, kiedy zobaczyła na targu rybnym ślimaczą parę w dziwnym uścisku. (Potem powiedziała w wywiadzie radiowym, że „ślimaki dają jej pewien rodzaj spokoju”). Ostatecznie w swoim angielskim domu w Suffolk udomowiła trzysta ślimaków — mawiała, że dotrzymują jej towarzystwa wieczorami. Potem, gdy przeprowadziła się do Francji, musiała stawić czoła zakazowi importu żywych ślimaków. Postanowiła je szmuglować. Wielokrotnie przekraczała granicę ze ślimakami — od sześciu do dziesięciu — schowanymi pod stanikiemˮ.

Publicity photo from 1966


Mason Currey o Patricii Highsmith, albo pochwała pięknej dziwności.

Comments

  1. Ciekawa jestem, co o nich myślała, o tych ślimakach.

    ReplyDelete
    Replies
    1. trzysta ślimaków to multum małych ciałek poruszających się w zwolnionym tempie. myślę, że też by mnie to uspokajało. myślę, że od ślimaków zwolniłby mi świat, ten w głowie.

      Delete
    2. Bałabym się, ze się rozejdą, a ja ich nie ogarnę...

      Delete
  2. Odkąd sięgam pamięcią, poruszam się w nieustającym przepływie międzygatunkowym. Czułam jak dzięki niemu zmieniałam się ja i one.
    To niesamowite bogactwo, które jest tak blisko, wszędzie. Duża część mojego dzieciństwa to właśnie ślimaki.
    Od jakiegoś czasu nie "pływam" już z taką samą intensywnością między ludzmi i zwierzętami. W relacjach z ludzmi pojawił mi się jakiś dziwny trud. Nie niechęć, nie rozczarowanie, tylko męczący wysiłek.
    Bardzo bym nie chciała zacząć uciekać od ludzi do zwierząt. Najpiękniej było razem.

    ReplyDelete
    Replies
    1. ja pływałam od ludzi do żab, do tego wszystkiego, co żyje w wodzie. czasem kurom udawło się przykuć moją uwagę. było kilka psów z uciętymi ogonami, każdy nauczony strachu, i jeden stary kot, który nie umiał protestować. żadnym z tych spotkań się nie trudziłam. tymczasem od siebie do ludzi podróżuję chyba tylko z konieczności...

      Delete
    2. a jednak piszesz i fotografujesz, tak z brzucha, z serca i głowy, dla ludzi. To chyba ten rodzaj podróży, gdzie konieczność jest podobna do konieczności oddychania.

      Delete
    3. pośrednio jeszcze jakoś się to udaje :)

      Delete

Post a Comment

Popular posts from this blog

siedlisko

przypomniałam sobie jaką konsystencję ma nocna leśna ciemność,
która wlewa się na piętro przez okna. a w oknach
jeszcze trzeszczą na ciemnym wietrze wyschnięte owady z lata
te neonowo zielone, które wraz z życiem tracą kolor, ale w zamian
zyskują wyjątkową kruchość

przybysz, lądowanie

to jeszcze nie sen, ale zbocze góry łagodne jak nadgarstek po wewnętrznej stronie -łasi się spodem liścia, idzie jabłoniami w chłodny, siny od brzegów pierwszy uścisk września





bójka

to tylko ślad po gorączce, a ja chciałabym
mieć wargę rozciętą w bójce, owocową krew,
choćby małą kropkę, co spada na chodnik
spowolniona upałem, wypluta pod buty i jest
jak skórka czereśni, tak samo blednie w czasie,
może wydziobie ją drozd, zapomni zaśpiewać
na deszcz, a może, między płytami chodnika (lub ziemi)
posieje się roślina, która nada się na napar
a ten zwali nas z nóg. ja chciałabym się bić
o chude kolana dziewczyny w levisach
skróconych u krawcowej (ładnie zawinęła), chciałabym,
ale robi się już ciemno i prawie nie można
odróżnić wrony od nieba, ciała od pnia drzewa. mogłabym
pościerać knykcie na korze, przepaść w dziupli,
kto by mi potem uwierzył w siniaki jeśli te
tak łatwo pomylić z cieniem